"Lampa" 11 (68) / 2009

Przepraszam za etyczną postawę (fragment)

Pablopavo w krzyżowym ogniu morderczych pytań Pawła Dunin-Wąsowicza i Krzysztofa Vargi
PAWEŁ DUNIN-WĄSOWICZ: Od czego zacząć...
PABLOPAVO: Ja chcę ci powiedzieć, od czego zacząć! Nie masz racji z tymi pociągami, bo! [śmiech]. Tam w tekście nie ma w ogóle, że one się zderzają. Z jednej strony jedzie osobowy, z drugiej ekspres...
KRZYSZTOF VARGA: Warszawa Wschodnia...
- Tak... Dziewczyna jest zapatrzona, wpada po prostu pod pociąg - nie ma tam zderzenia.
PDW: Teoretycznie jest to możliwe, ale mało prawdopodobne. Nie ma tak, żeby na jednym peronie były ekspresy i osobowe - tylko piętrowe do Radomia tak jeżdżą, no i InterRegio, prawie wszystkie osobowe jeżdżą po osobnych torach podmiejskich. - Ale tutaj się nie zgodzę, nie ma żadnego błędu. Sam jestem czuły na szczegół, jak pisałem piosenkę o Jurku Mechu, to nie byłem pewny, czy cztery tony węgla wystarczą na wakacje dla niego i Jolki. I zadzwoniłem do kolegi, który opala węglem, ile to jest pieniędzy. Wyszło mi, że mniej więcej gdzieś by za to pojechali na tydzień.
PDW: A co z Hłaską i centymetrami w Do stu?
- No nie miałem takiego pomysłu, jak to pisałem, co nie znaczy, że nie lubię Hłaski, mówiłeś o Pierwszym kroku w chmurach? PDW: Tak - co ich łączy - szesnaście i pół centymetra.
- Prawdę mówiąc, z Hłaski wolę to, co pisał w Izraelu - Opowiem wam o Ester itd.
PDW: Z wywiadu, który zrobił na stronę TVN z tobą Bartek Andrejuk dowiedziałem się, że studiowałeś rusycystykę, ale śladu tego w twoich piosenkach nie ma.
- A jaki miałby być ślad? Że Pasternak był w porządku czy coś tam? Jak pisałem te piosenki, to myślałem raczej o codziennościach. Niespecjalnie mnie teraz literatura rosyjska dotyczy, oprócz tego, że sobie ją czytam. W Vavamuffiun są ze dwie zwrotki nawinięte po rosyjsku.
PDW: Jak to jest, że bohaterowie prawie wszystkich piosenek z Telehonu czymś handlują? Detalicznie, hurtowo, albo są ekspedientką.
- Dopiero twoja interpretacja z recenzji mi to uświadomiła. Nie było takiego zamysłu, że my żyjemy w kapitalizmie, a ja teraz będę zaangażowany społecznie. Widocznie tak jest, że ludzie handlują. Znasz jakiegoś robotnika?
KV: Nie zna, bo obraca się zupełnie w innym kręgu.
- Ale jak mieszkałem jeszcze na Stegnach, miałem kolegów takich - mój kolega Jurek jeździł do pracy do Huty Warszawa o piątej rano. Teraz praktycznie nie ma w Warszawie klasy robotniczej. Trudno za robotnika uznać kogoś, kto jest pracownikiem i sprzedaje farby na Bartyckiej. Pisząc te piosenki nie miałem na ten temat autorefleksji, że tak tych handlowców osiedlam w piosenkach.
PDW: Ale pewnie miałeś autorefleksję, że ludzie wstydzą sie rzeczy niemodnych i stare meblościanki wyrzucają na śmietnik w nocy.
- A to na pewno. Do tego nie trzeba specjalnie przenikliwego intelektu. I to w bardzo różnych środowiskach ma miejsce, nawet tych, które wydawałyby się antyestablishmentowe też jest tak - tylko że ta moda jest trochę inna. W jednych środowiskach obciachem jest nie mieć mebli z Ikei - a są też środowiska - i dla mnie to jest równie głupie - gdzie obciachem jest mieć te meble. To jest bardzo śmieszne, bo Ikea na Zachodzie jest synonimem bardzo niskiej klasy średniej, słabych dorobkiewiczów. Mam w dupie, jakie mam meble. Mam takie, żeby mi się podobały. Mam szklanki z Ikei, bo kosztują dziesięć złotych komplet.
PDW: A z czego żyjesz?
- Ja żyję z muzyki. Praktycznie teraz w stu procentach.
KV: Da się?
- Ja bardzo dużo pracuję. Gram z Vavamuffin. Gramy dużo - osiemdziesiąt koncertów rocznie, myślę, że mało kto w Polsce tyle gra. Może Strachy Na Lachy, może Lao Che - jeśli im się chce, bo oni nie muszą, bo zarabiają na płytach - z różnych powodów.
KV: Zarabiają na płytach? Muniek mi mówił, że na płytach już się w ogóle nie zarabia.
- W porównaniu do lat 90., kiedy płyta T.Love się sprzedawała w 200 tysiącach, to oczywiście nie ma rozmowy. Vavamuffin jest popularnym zespołem, mamy pełne sale i tak dalej, ale płyt sprzedaje się może siedem tysięcy egzemplarzy. Z tego się nie da żyć. Nas jest dziesięciu do podziału. Zarabiamy jakieś pieniądze na prawach autorskich.
PDW: I chyba coś waszego poszło do reklamy?
- Nie, nie poszło i nigdy w życiu nie pójdzie. To ci mogę obiecać.
PDW: To pewnie mi się z Cinq G pomyliło.
- Ja jestem przeciwny takim ruchom, czułbym się osobiście niezręcznie. No chyba że byłaby to reklama niebicia dzieci.
KV: Czyli reklama społeczna.
- Ale nie oceniam nikogo. Kaliber 44 sprzedał swoją piosenkę do reklamy kawy i dzięki temu pewnie płacili rachunki przez rok. I OK - ich sprawa - ja nie chcę. Ale o czym mówiliśmy? O zarobkach?
KV: Jeszcze jako DJ występujesz?
- Ja występuję jako naw?acz. Krzak gra z płyt jako DJ, a ja fristajluję, opowiadam i tak dalej.
KV: Jak często?
- Raz-dwa razy w tygodniu. Nie mam kokosów, nie stać mnie na samochód. Ale tak żeby się utrzymać, mieć na chleb i na piwko, to żyję z muzyki - tyle że zapieprzam. Prawdę mówiąc marzy mi się model zachodnioeuropejski - trzy miesiące koncertujesz, a potem sześć miesięcy nagrywasz płytę. W Polsce to jest nierealne. Chyba że pójdziesz do jakiejś normalnej roboty. Ludzie mają pretensje, zwłaszcza młodzi: "A wy chcecie pieniędzy takich za koncert!", a z drugiej oczekują wzrostu poziomu muzycznego. Nic nie będzie lepsze, jeśli będę zapieprzał w tyrce osiem godzin, a potem pisał piosenki. Sami to wiecie. Jak piszesz książki, to pracujesz sam, kiedy chcesz. Jest inna metodologia pracy. A zespół to jest jednak dziewięć osób, które muszą się spotkać na próbę. I jeśli będzie dziewięć osób pracować, to na próby spotkają się najwyżej dwa razy w miesiącu. Muszą mieć salę i za nią zapłacić.
KV: Bardzo zainteresował mnie na twojej płycie klimat warszawski...
PDW: Odkryłeś Amerykę!
KV: Nie, no może odkryłem Amerykę, ale dla mnie ta płyta wpisuje się w pewien ciąg opowieści o Warszawie, tak jak Sidney Polak czy Komety. Lesław, jak wszyscy wiemy, jest fanem Warszawy.

- No ja też jestem. Współpracowałem z Polakiem, jak wiecie. Ale myślę, że choć Telehon w nastroju i opowieściach o Warszawie mówi o podobnych rzeczach, to jest zupełnie inny. Płyta Polaka była jednak w 90% zabawową-wesołą.
PDW: Ale u ciebie też są takie wypełniacze - na początku, na końcu i pośrodku płyty.
- Nie zgodzę się, nie ma wypełniaczy!
PDW: A Na nowo, że łapiesz majka?
KV: Pierwszy numer na płycie Sidneya i pierwszy na twojej absolutnie ze sobą korespondują.
- Ale na płycie Sidneya nie ma takiego numeru jak Warszawa Wschodnia czy Jurek Mech.
KV: Dla mnie te płyty ze sobą korespondują, bo są to opowieści warszawskie. To jest bardzo wyraźne.
- No tak wyszło.
Bardzo się cieszę, że wspomniałeś Komety. To jest jeden z moich ulubionych zespołów, jestem fanem Lesława też jako autora. Potrafi w bardzo prostych słowach napisać piosenkę, która nie jest banalna, jest trochę o Warszawie, trochę o miłości i zostaje w głowie na najbliższe pół roku. Osiecka miała taką umiejętność, Lesław to coś także ma.
KV: Dla mnie jest to w ogóle nowy nurt w tekściarstwie, że warszawscy artyści zaczęli opisywać to miasto, i to konkretami operując.
PDW: To samo dzieje się w Mińsku Mazowieckim i Mrozach - Muzyka Końca Lata oraz Maki i Chłopaki - a także w Gorzowie Wielkopolskim...

- To samo się dzieje w Chicago i na całej nowej folkowej scenie w Stanach, która też jest nastawiona na konkret. Wy, z racji swoich zainteresowań muzycznych, pewnie przegapiliście, że to cały czas było obecne, tylko że w hip-hopie.
PDW: Ale to się ograniczało do blokowisk.
- No niekoniecznie. To taki stereotyp. Posłuchaj Sokoła, który potrafi napisać piosenkę o Śródmieściu literacko przeb?ającą większość rockowych piosenek. Ja jestem od was młodszy i na tę hiphopową rewolucję się załapałem o wiele bardziej, dla was to pewnie było nieciekawe i nie do końca atrakcyjne muzycznie...
PDW: Dlaczego? Kaliber 44, Paręsłów, Fisz - OK.
KV: Hip-hop dla twojej generacji był czymś takim jak punk dla naszego pokolenia.
- Ja gdzieś jestem trochę zawieszony.
PDW: Bo zaczynałeś od punka?
- Tak, i w ogóle od rockowej muzyki. No i od reggae.
O - jak mówimy o warszawskich kapelach, to Transmisja była pierwszą reggaeową kapelą, która lubiła konkret, miała piosenki grzesiukowe itd.
PDW: No i Trawnik.
- Tak, no i Trawnik. To były wczesne lata 90., ja się na tym wychowałem. Pierwszy koncert, z którego wyszedłem oniemiały, to była Transmisja w Akwarium, w roku bodajże 1993. Zresztą teraz z Gorgiem z Transmisji gram w jednym zespole, więc historia zatoczyła koło.
KV: Mieszkałeś na Stegnach, a teraz gdzie mieszkasz?
- Teraz mieszkam na Grochowie.
KV: Stąd ten Wiatrak się tam pojawia? "Gdzie jest linia K, co na Grochów pięknie szła?"
PDW: To jeszcze Transmisja.
- Nomada jest zapisem mojego wieczoru - realny wieczór. Zaiste rondo Wiatraczna, zaiste most, zaiste Jadło...
PDW: Ale wspominasz także o tablicach upamiętniających powstańców - to tylko ty zauważasz.
- Jak idziesz z Jadło na górę, to jest taka duża tablica, która robi wrażenie. A ja jeszcze mam ten głupi zwyczaj po dziadku, że zawsze chodzę w czapce i przed tablicą czapkę ściągam.
PDW: A wspominani przez ciebie w Piosence o śmieciach zapomiani bohaterowie Miasta - czy chodziło o powstanie, czy o Miasto w znaczeniu gangsterów, "ludzi z Miasta"?
- Kiedy to pisałem, chodziło mi o gangsterów. Natomiast już widziałem w internecie, że jest to kolejne podczepienie się pod powstanie warszawskie.
KV: Ja mieszkam na Starym Mokotowie i tam jest mnóstwo tablic. Natomiast powstanie stało się dla ludzi z młodego pokolenia jakimś fundamentem, na którym usiłują zbudować tożsamość. Tam gdzie mieszkam jest dużo graffiti, szablonów "Pamiętamy"...
- A gdzie ty mieszkasz? Na jakiej ulicy?
KV: Asfaltowa.
- No tak. To jeden mój kolega to robi. To jest zrozumiałe. Jeśli mieszkasz w Padwie czy Londynie, to masz się do czego odwoływać, masz ciągłość. A u nas jest ten rok 44, wszystko rozjebka - nie ma ciągłości żadnej. Ja wolę się odwoływać do tego, co było wcześniej, do przedwojennej czy nawet XIX-wiecznej pieśni podwórzowej.
KV: Może to ryzykowne, ale wydaje mi się, że i twoje teksty, i Komet, i ten mit powstania próbują zbudować nową tożsamość Warszawy. Miasta uważanego przez wiele lat za miasto bez właściwości.
- Ono nigdy takie nie było, ale trzeba pamiętać, że cały czas jest to miasto, które żyje z przyjezdnych, od XVII wieku. Ciągle przyjeżdżali nowi ludzie - na studia, do roboty, karierę robić. Przez wiele lat w dobrym tonie było uważanie, że to jest wielka wieś, miasto krawaciarzy, syfu, niesympatycznych ludzi itd. Co jest bzdurą, ludzie są tacy sami jak w Krakowie i Katowicach - są fajni i niefajni.
Ostatnio byli tacy znajomi Marianki Dobkowskiej z Austrii. Pochodziliśmy z nimi na różne imprezy mniej lub bardziej undergroundowe i byli w szoku. Stwierdzili - i mnie się też tak wydaje - że Warszawa jest w takim momencie jak Berlin 12 lat temu. Dużo rzeczy zaczęło się dziać, ludzie sami zakładają knajpy, kluby.
PDW: To prawda, piętnaście lat temu nie było gdzie pójść.
- A teraz pojawia się Powiększenie, Chłodna 25 itd. Ludzie sami próbują coś robić.
KV: Berlin też jest miastem zniszczonym podczas wojny, bez wielkich zabytków, bez konkretnego centrum i też musi swoją tożsamość budować jako miasto kultury i sztuki alternatywnej.
- W latach 90. tam zaczęli przyjeżdżać ludzie ze Stanów i Kanady robić muzykę i sztukę, bo tam była najlepsza energia - na Friedrichshainie czy Kreuzbergu.
PDW: Ja bym dodał coś a propos przyjezdnych - pierwszą popową piosenkę o powstaniu, czyli Panią z dołu, napisał 16 lat temu Muniek, który przyjechał na studia z Częstochowy.
- Mimo że jestem rodowitym warszawiakiem, nie mam takiej jazdy, że przyjezdni są gorsi. Wręcz przeciwnie.
KV: A w którym pokoleniu jesteś warszawiakiem?
- Zależy, czy ze strony mamy, czy taty. Z mamy trzecim-czwartym, a z taty w pierwszym, bo on przyjechał z podwarszawskiej wsi - awans społeczny.
Mój przyjaciel, który przyjechał z Chełma jest największym znanym mi obecnie varsavianistą. I to takim fanatycznym. Pamięta, kto na jakiej ulicy się spotkał z kim. I to dowodzi, że to miasto może uwieść. Zawsze tak było, że stolice zasysały przyjezdnych, to jest naturalna dla mnie kolej rzeczy.
PDW: Jesteś najmłodszy z trzech frontmenów Vavamuffin, prawie o dziesięć lat młodszy od Gorga i Reggaeneratora - jak ty do nich trafiłeś?
- Najpierw byłem ich fanem. O Transmisji już mówiłem, a Reggaenerator miał taki zespół bardzo mało znany, ale legendarny w światku reggaeowym - OK System. Kiedy zacząłem robić muzykę, najpierw był Zjednoczenie Sound System i wymyśliłem sobie, że chcę zespół. Dogadałem się z Krzyśkiem Reggaeneratorem, żeby robić to razem i wpadłem na pomysł, żeby zrobić trio wokalne w stylu jamajskim. Jeden koleś z niskim głosem, jeden z wysokim - i jeden średni łobuziak. Ja jestem za tego średniego łobuziaka. Krzysio potrafi śpiewać wysoko, a kiedy potrzebowaliśmy tego trzeciego, to pierwszy, jaki przyszedł mi na myśl, był Gorg, który od paru lat już muzyką się nie zajmował. Pracował w bardzo poważnej firmie - i pracuje do dzisiaj, jako jedyny z nas nie rzucił roboty, bo ją lubi, co jest dziwne - jakieś komputery, ja tego nie rozumiem. I gdzieś tam sobie ich zebrałem. Przy okazji ja przyprowadziłem swoich przyjaciół muzyków, oni przyprowadzili - tak powstał Vavamuffin.



uenzvshr -- Sunday, December 12 2010, 06:39 am

jgpdhN ojewqaptckwu, [url=http://bmktempgiynw.com/]bmktempgiynw[/url], [link=http://pyrzgqmzzmqh.com/]pyrzgqmzzmqh[/link], http://qiagxchstcps.com/


Pseudonim:

Komentarz: