Kazimierz Malinowski

Wyprawa moskiewska "Lampa" 7-8/2010

Znowu Moskwa. Wytelepani dwiema dobami w pociągach wykonujemy o świcie desant na Dworcu K?owskim. I oto objuczony plecakiem zjeżdżam ruchomymi schodami w odgłębie tego molocha, głęboko, do jego nory. Lustrzane odbicie naziemnych arterii, komunikacyjne bajpasy, przestronne lochy wypełnione tłumem, elektrycznym światłem i skowytem żelaza. Szybkie przew?anie miasta. Misja jest niełatwa, ale wykonalna. Jest nas dwóch - Paweł i ja, dwaj kulturalni szpiedzy na waszej służbie, nasz plan - rozpoznać i spenetrować.

Pierwsza moja Moskwa to było za Breżniewa, pamiętam automaty do sodówki za kopiejkę na placu Czerwonym i Mauzoleum Lenina z tak długą kolejką do obczajki łysej brodatej królewny w szklanej trumnie, że ociec ręką machnęli, jemu łatwo było, już widział. Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin, centralny supermarket Sojuza (obecnie - Gławnyj). Wizyta u pana Isajewa, który pokazał nam dwa medale - niemiecki falstartowy medal za zdobycie Moskwy 1941 i drugi z roku 1864 - Za Usmirienie Polskowo Miatioża [Za stłumienie polskiego buntu - przyp.red.]. Potem była Moskwa za Jelcyna, nocą jarające się śmietniki na Dworcu Białoruskim, dziwna pstra niespokojna tołpa, bałagan. Szturm na Biały Dom 1993, w czasie puczu Ruckoja, który oglądałem w telewizji. Z bliska nie dało rady, bo jechałem następnego dnia z ekipą buddystów Saszy Wyczugrzanina do Irkucka. Potem była Moskwa za Pucina, już podpucowana, lat temu pięć. Tym razem byłem przyklejony do ekipy polskich prozaików, którzy brylowali na międzynarodowych targach książki. Element wspólny - metro, podziemne tętniące serduszko tego miasta, zawsze uderzające miarowo. I nigdy nie zdążyłem obejrzeć mumii Lenina, teraz też nie.

Jak to się stało, że Rosja tak mi się wrzepiła, że z duszy już nie wyrwiesz? A tak, że na przykład wszystkie moje rusycystki, od podstawiaka przez liciej i lektoraty na UMCS-ie były kobitami do bólu fascynującymi i seksi, więc gapiłem się na nie jak krowa w przestrzeń i słuchałem uważnie. Może dlatego, że kiedy bachorem sam w domu zostając, gmerałem po ojcowskim zbiorze płyt i te, co się w nich zapętliłem, to były krążki Kabaretu Starszych Panów i Okudżawy. Pierwsza jego płyta była made in Poland, nasi śpiewali jego ballady, Młynarski, Łazuka, Fetting, Cembrzyńska, Siemion i jedną, ostatnią Pożegnanie z Polską sam autor. A przytulone do niej dwie stały kolejne, już w Rosji wytłoczone. Wtedy o pożegnaniu Polski z Rosją i mowy nie było. Obowiązkowa prenumerata "Murziłki" i "Wiesełych Kartinok" oraz dla starszych "Krugazora" z płytkami cienkimi jak papier, archemultimedialico istne. Układ Warszaski i TPPR. Do domu na Zemborzyckiej w Lublinie permanentnie przyjeżdżali znajomi ojca. Jacyś Gruzini, Ormianie, Ukraińcy, Ruscy, Żydzi, galeria egzotycznych fenotypów, a wszyscy gawarili pa ruski. Więc w mojej bachorzęcej wyobraźni Rosja to była po prostu reszta świata. Ale co tu daleko szukać, w Legnicy sołdaty w polowych gimnastiorkach, ciężarówki ził, czarne wołgi. Ojciec wtedy trenował drużynę dorodnych pingpongistek RKS Motor, były w machaniu rakietkami dobre, wywachlowały nimi parę razy mistrzostwo Polski, a to otworzyło drogę do podróży, mecze, obozy (sportowe, sportowe), Bułgaria, Rumunia, NRD, KomKorea. Ojciec mnie tam ze sobą taszczył, kie pacholęciem ja był. A wszędzie i prawie z każdym można było rozmawiać po rosyjsku. No bo Szołochow, oba Tołstoje, Dostojeski, Majakowski, Simonow, Bułhakow, Jesienin, to było potem.

Ekwipunki

A ta teraz wyprawa moskieska zaczęła się właściwie latem zeszłego roku, kiedy Paweł Gołobur przyjechał do mię na wieś z Warszawy na rowerze. Już wiele wcześniej się umówiliśmy, że pojedziemy do moskwicinów. Tylko miałem różne domowe rewolucje, na Dębczynę wróciłem, podjąłem nielekkie dzieło odbudowy. Syny moje własne przerosły mię w międzyczasie o głowę. Obaj, nawiasem mówiąc, w szkołach uczą się dodatkowo rosyjskiego, hehe. No więc kiedy Paweł przydygał ten kawał piękny drogi na rowerze, to sobie pomyślałem, nu, z tym gierojem to można i dalej pojechać. Ale znów bym to w nieskończoność odkładał, gdyby nie 10 kwietnia. Co się stało! Dlaczego?! Biało-czerwony samolot leżący na ruskiej ziemi do góry kołami. Rana, kurde, rana. Postanowiłem nie czekać na raport komisji Anodinej, i zanim polskie dywizje pancerne przekroczą Bug, zrobić miniparlamentariusza, prywatne przeszpiegi. Lubicie nas czy nie, jak nie to nie. I zaczęło się toczyć, słonecznego dnia pod koniec kwietnia. Najpierw razwiedka bojem po linii oficjalnej. Rosyjski Ośrodek Nauki i Kultury w Warszawie. Pani Tatiana, referent ds. kultury zgodziła się nas przyjąć. Roztoczyliśmy jej wspaniałe perspektywy - był rumuński, był portugalski, co pani sądzi o pomyśle numeru naszego literackowo żurnała poświęconego literaturze rosyjskiej? Chcemy pojechać do Moskwy, zrobić parę wywiadów z ludźmi kultury, przygotować materiał, cieszy się pani? Pani Tatiana okazała się wytrawną dyplomatką, doświadczona, jeszcze chyba z czasów Breżniewa kadra. Kawka na stół, cukier, cukiereszki, łyżeczki oraz ciasteszka. Tak, oczywiście, to dobry pomysł, ale nie ma pienięsy. To może wizy da radę, jakieś kontakty? Salka w Moskwie na spotkania? Trzeba by się zastanowić, może coś uda się zrobić, to moja wizytówka. I tak pani Tatiana wybrnęła z opresji, obroniła, jako funkcjonariusz państwa odpowiedzialny za kontakty kulturalne, nasze kultury przed kontaktem, ale tylko na swoim odcinku. Zbytnio się jej nie dziwię. Co innego festiwal chopinowski albo wystawa makatek na okoliczność Dnia Zwycięstwa. A ci dwaj, pomogę z dobrego serca, a oni jakiegoś gnoju narobią, z nieformałami będą spiskowali. Zwodziła nas jeszcze i potem, ale myśmy wykonali przewidująco manewr okrążający. Posłałem w różne strony meile, ping-pong, Kostia Usenko i Polina Siergiejewna. Kostek lata temu dał mi kasety z rosyjskim odpalonym rokiem. Kino, Grażdanska Oborona, Nol. On pisał wam zajebiste relacje z trasy 19 Wiosen po Federacji. A z Poliną Siergiejewną kiedyś między piętrami moskiewskiego wieżowca utknąłem w windzie, cóż bardziej może ludzi zbliżyć? Kostek siedzi teraz w Berku, od kolegi Delfina, Rosjanina wynypał namiary, na rysownika Hihusa i poetę Daniłę Fajzowa. Polina Siergiejewna pracuje w Instytucie Polskim w Moskwie, okazało się, że wizy można zrobić, i jeszcze dostałem meila do poety Lwa Oborina. A że naturą sieci są rozgałęzienia, za jednymi namiarami poszły inne. Nie ma pieniędzy? Paweł jest fanem połączeń kolejowych i w ogóle dróg żelaznych, obczaił połączenia tanie jak barszcz. Polina Siergiejewna obiecała przyczółek na pierwsze dwie noce. Czegóż trzeba więcej?

Ta, na początku, niesieni falą optymizmu, chcieliśmy przyjechać tam, żeby zdążyć na wielką paradę zwycięstwa 9 maja. Bardzo podniecała mię myśl, że zobaczę słynne międzykontynentalne rakiety Topol-M na samobieżnych wyrzutniach, ten monstrualny falliczny symbol rosyjskiej potęgi. No ale pani Tatiana nieco przyhamowała pierwszą fazę ofensywy. Jednakowoż my słowiańskie partizany, nie od przodu, to od tyłu.

Naprawiłem eklerek w śpiworku, naprawiłem jakimś cudem i naoliwiłem mechanizm wysuwania obiektywu w aparacie. Marcin Marzec, radiowiec, co w miarę sił pomagałem mu przy pirackiej rozgłośni gminnej Radio Rebelia, pożyczył mi wypasiony stereo dyktafon, co bardzo podniósł nasz, jako profesjonałów, prestiż. Pozostało kupić 16 tanich czekolad z Fabryki Galanterii Czekoladowej w Bydgoszczy i jazda.

Kierunek Kijów

Lublin-Rozwadów-Przeworsk-Przemyśl-Medyka-Szehynie-Lwów-Kijów-Moskwa. Docieramy już do granicy, zaraz ją przekroczymy, dziękujemy ci Infi, wszystko leci super super - jak śpiewa Pryt na najnowszej płycie Dziewiętnastek. Granicę przekraczamy godnie, pieszo, pieczątki sztąp sztąp, i już dygamy do marszrutki po ukraińskiej stronie. W niej banałka jak z filmu Kusturicy. Obok małżeństwo ortodoksyjnych Żydów, ona czyta coś po hebrajsku, on wpierdala precelki. Ktoś treluje po rumuńsku, ktoś szeleści po ukraińsku, z pudełka popiskują pisklęta. Radio nasuwa pod elektroniczne sample jakiś ochrypiel głosem Wysockiego. Potem Lviv, już wieczór, dumnie prezentuję swojego białego orła na rękawie skórzanej katany, dostanę od jakiegoś rezuna w ryja? Patrol dworcowej milicji, krótka prawierka paspartow, Paweł do nich nieco zbyt namiętnie, oni go kuszą, że jak chce, to mogą z nim pójść, ale w końcu odchodzą sami. Paweł kupuje, rozmawiając z kasjerką jak rodowity Ukrain, plackartnyje bilety do K?owa. I już siedzimy w wagonie, a żelazne koła robią to słynne patataj, unosząc nas tam, gdzie słonko wschodzi. Następuje pierwszy dysonans - gdzie ten swojski bardak? Nowoczesny, przestronny wagon, czyste szyby, czysto w ogóle. Pościel wykrochmalona, równiutko poskładana, folią opakowana. Zdrada! Pędzę do sracza, nie! Pachnie niemiecką, za przeproszeniem, chemią, jest papier, jest mydło. I tylko ta atmosfera kolektywu, jak za dawnych lat, starzy, młodzi, pacholęta płci obojga siedzą albo polegują, rozciągnięci wygodnie na leżankach. Kolegują się, gadają przez komórki, albo oglądają Dr House'a na laptopie. Nasi najbliżsi sąsiedzi, dwu mężów szlachetnych, zrazu popatrywali tylko ciekawie na dwóch osobliwych Polaczyszków, ale to było nieuchronne, od słowa do słowa zaczął się regularny razgawor. Starszy, pod sześćdziesiątkę, Wiktor, służył jako technik przy silosach, nie, nie z kiszonką w kołchozie, przy silosach z międzykontynentalnymi wielogłowicowymi rakietami R-36M, w natowskiej terminologii SS-18 Satan. Młodszy, Jegor, mieszka w Mołdawii, jest kierowcą, był ranny w bojach o Pridniestrowie. Wyciąga z saków butelkę swojskiego czerwonego mołdawskiego. Mocne, półsłodkie, pełny bukiet. Z Wiktorem, od Lema wychodząc, omawiamy wpływ nanotechnologii, inżynierii genet i AI na perspektywy rozwojowe cywilizacji. Pierożki. Jegor polewa, raczej słucha, ale od czasu do czasu wplata przytomne uwagi. Bosz mój, jestem w Rosji, choć do granicy UKR-RU jeszcze kawałek. Ale to dość umowna kwestia, po wyborze Janukowycza i ekspresowym przedłużeniu Flocie Czarnomorskiej prawa pobytu w Sewastopolu granica zmiękła i dwa bratnie słowiańskie narody wtulają się w siebie coraz mocniej. Co czas jakiś wychodzimy sobie na szlugaska do międzywagonia, nieformalnej, a legalnej palarni, rozmawiamy o zakrętach historii. Że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, ale z drugiej strony, nie w naszej jest mocy wybaczać w imieniu zdradzonych o świcie. A że świt coraz bliżej, idziemy wreszcie w kimę.

Rano czasu starczy na tualiet i zalanie kipiatkom, z baniaka obok kantorka prowodnicy, kawy w termosie. I już jesteśmy w złotym K?owie. Pociąg do Moskwy mamy za kilka godzin, to czasu na odwiedziny u Oli, znajomej Pawła, starczy. Mieszka w tzw. nowoczesnym wieżowcu w centrum, w tzw. służbowym mięszkaniu. Przyjechała tu wprowadzać w arkana profesji młodych dziennikarzy. Tzw. nowoczesny wystrój wnętrza, plazma wielkości okna na ścianie, przerażająco ogromna łaziena, biel kafli i porcelan, i lustra, i lustrzane chromy. Jaranie na balkonie z rozległą perspektywą, tuż obok wysokościowy dźwig, idzie robota, następny wieżowiec. Ola leci do roboty. A my, nakarmieni i kawą napojeni, odświeżeni królowie życia, oglądamy sobie miejscowy serial kryminalny z wilkiem i milicyjną blond dominą w roli głównej. Absurdalny, niezamierzony chyba humor. Trzeba spadać, zdajemy recepcjonistce klucze i szpula na dworzec. Znów plackartnyj wagon, i znów z górą pół doby owego słynnego patataj. Szybka kontrola graniczna, już jesteśmy na terytorium Federacji. Paweł jest wniebowzięty, do Rosji jeszcze we swoich po Wschodzie peregrynacjach nie dotarł.

Aktywizacja

Bladym świtem zaw?amy do Moskwy. Rozglądamy się dookoła, jakbyśmy po dziesięcioletniej odsiadce właśnie sobie wyszli na spacer po Wawelu. Oswajamy się z nowym miejscem, zwyczajem żółtych turystów prztykając zdjęcia. O! Wieżowiec w kształcie korabia! A tam szklany most! Wreszcie siadamy na ławeczce opodal parczku, a tam ptaszęta, proszę ja was, przebudzone ćwierkolą, całkiem jak u mnie na wsi.

Jesteśmy dwie strefy czasowe do przodu. Plecaki na plery, przechodzimy most, rzeka Moskwa płynie tak leniwie jak nie przymierzając jakaś sadzawka, i dygamy popod Kremlin, ulegając grawitacji placu Czerwonego i cerkwi Wasyla. Za wcześnie, żeby Polinie Siergiejewnej zawracać gitarę. Bilbordy i telebimy, cały ten wielkomiejski staf, te wszystkie wabiki i mamidła żywcem przeszczepione z UE, zaraza się szerzy, formatowanie postępuje, że patrząc wreszcie na mury Kremla w 3D, mam wrażenie, że oglądam folder Intouristu. Wspinamy się po schodach, a kiedy już jesteśmy na górze, plask, słońce prosto w źrenice jak błysk atomowej eksplozji. To mnie ośmiela. SMS do Poliny, SMS od Poliny, będzie na nas czekała przy metrze Jasieniewo. Kiedy zjeżdżamy po ruchomych schodach w czeluście, wtedy dopiero witam się z Moskwą intymnie, jakbym jej włosy wąchał. Tam pod spodem jest taka sama jak zawsze, przeciąg niesie zapach smoły i smarów, znajomy wizg wpadającej na stację kolejki. Ostarożno, dwier' atkrywajetsa.

Polina Siergiejewna to archetyp słowiańskiej kobiecości. Głęboko osadzone błękitne oczy, owal twarzy ujęty wysokim czołem i delikatnie zarysowanym podbródkiem. Rozmawia z nami swobodnie poprawną polszczyzną ze śpiewnym akcentem, od którego ciarki mi chodzą po plecach. Przebóg, to ta sama Polina, tylko dready skróciła. W pokoju gdzie pozwoliła nam się rozlokować stoi duże akwarium, tak że znowu czuję się jak u siebie. Dostaję kartę miejscowej sieci MTS do komóry i z marszu cisnę esy do wszystkich, co się z nimi wcześniej meilowo umawiałem. Pierwszy odpowiada Lew Oborin. Zgadujemy się na spotkanie z grupą jego znajomych poetów w klubie OGI.

Ach pamiętam stare OGI, pomnę, lat temu pięć, feta słowiańskiego braterstwa z licznemi toastami, zorganizowana grupa polskich pisarzy i ad hoc druzja tutejsi, krytycy, jakiś dziennikarz, i tam dalej, przy dwu zestawionych stołach. Potem cyniczny kelner wystawił przysłowiowy rachunek i monolityczna jedność została zachwiana. Dość powiedzieć, że znany polski prozaik uciekał, kuśtykając o kuli. Powiem wprost - OGI to niesympatyczny lokal. Bohema kurde się tam złazi do podziemi wypić espresso za sto rubli. Weszliśmy i my, siadamy. Przylatuje cieć z czujki, co go nawet nie zauważyliśmy i bardzo poruszony dźga palcem w torbę Pawła. Myślę sobie, no tak, ma Paweł trochę kaukaską powierzchowność, pewnie gość się boi, że chce mu wysadzić zawartością torby ulubiony lokal kwiatu inteligencji. Ale nie, poszło o butelkę coli z jakąś resztówką na dnie, że jest niebezpieczeństwo nieautoryzowanej konsumpcji bez marży na szkodę zaklętych rewirów. Do depozytu! He he, tu się Europa kończy. Wzburzony incydentem zamawiam dużą kawę, znaj człecze polskiego pana! Ale tak na poważnie, w ramach walki z syndromem OGI, postanowiłem, że nie będzie żadnego mydlenia oczu, zastaw się, a postaw się. Nic z tego, kawa i szlus. Jestem ubogi i szczycę się tem. Rozmawiamy o kulturze, a nie turystyce kulinarnej. I to, na szczęście, robiło dobre wrażenie.

Już na wylocie, zrzucając dla bezpieczeństwa zawartość karty na twardziela w pececie Poliny Siergiejewnej, sprawdziłem stan pamięci w dyktafonie. Dwadzieścia bez mała godzin wywiadów i rozmów. Oto plon. Oborinowcy, prozaik Siergiej Szargunow - niegdyś jedna z czołowych postaci partii Sprawiedliwa Rosja, kultowa postać środowiska komiksowego Hihus, pieśniarka, szamanka i poetka Wiera Sażina, poeta ironista Wsiewołod Jemielin, poeta dziki Andriej Rodionow, poetessa Anna Russ z Kazania, poeta elokwentny Daniła Fajzow, redaktor pisma "Wozduch" Dmitrij Kuzmin, dalej papież, albo przynajmniej kardynał tutejszego literackiego undergrundu, art dyrektor niezależnego wydawnictwa książkowego UltraKultura - Sasza Depardieu, czyli Aleksander Kasjanienko, a w końcu i sam Eduard Limonow - enfanteribel opozycji pozaparlamentarnej, poeta, prozaik i radykalny działacz polityczny w jednej osobie. Nośmy się raczej przez ten tydzień pobytówki nie opieprzali. I ani dnia w hotelu!

całokształt dostępny w "Lampie" papierowej


Pseudonim:

Komentarz: