Rafał Grzenia

Transfer "Lampa" 7-8/2010

Gdy w 1974 roku Philip K. Dick w jednym z szeregu listów adresowanych do FBI w tej samej sprawie napisał o Stanisławie Lemie: jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie - dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli - nie tylko podtrzymał swoją legendę schizofrenicznego pisarza, ale także wyeksponował fenomen wielkiej przepaści pomiędzy światami Zachodu i Wschodu. W sposób, którym nie pogardziłoby żadne porządne imaginarium science fiction bezwiednie zarysował wizję szokującej separacji kulturowej, która dopuszcza z łatwością demonizowanie środkowoeuropejskiego pisarza i pomysł uznania jego nazwiska za akronim najtajniejszej placówki propagandy. I nie tylko dla Dicka Lem mógł wydawać się postacią fikcyjną, dla niejednego wschodnioeuropejskiego fana SF także Dick jako taki mógł nigdy nie istnieć. Nie znaczy to jednak wcale, że pomysły obu autorów, oddzielone niejako od nich samych, nie pojawiały się także po przeciwnych stronach Łaby.

Oba światy, Wschód i Zachód, w wieku XX wyraźnie odseparowane poprzez problemy nierównomiernej technicyzacji oraz totalitaryzmu, żyły przez całe stulecie niejako równolegle, mimo bliskości rozw?ając zupełnie inne formy życia społecznego, rodząc innych bohaterów, budując inne wartości. I jakkolwiek całe zjawisko zrozumiałe jest i w kontekście dwudziestolecia międzywojennego, i czasów zimnej wojny, to jeszcze dzisiaj widać ostatnie jego podrygi. Taniec Wschodu z Zachodem, o dziwo, trwa. Jeszcze niedawno dialog pomiędzy obiema kulturami praktycznie nie istniał, co wyzyskiwali śmiałkowie przemycający przez granicę trudno dostępne po drugiej stronie wytwory każdej z cywilizacji. O nich, o harcownikach zimnej wojny, o największych szmuglerach pomysłów literackich, o adaptatorach i imitatorach napisać będzie można jeszcze wiele. Zaczn?my jednak od samych motywów, które niczym zawodnicy podlegały transferom pomiędzy drużynami Wschodu i Zachodu, ożywając nagle w nowych drużynach, na drodze do nowych bramek...

Jeden zero

Aldous Huxley (1894-1963) nigdy nie odpisał na list otwarty złożony na ręce konsula brytyjskiego w Warszawie przez Mieczysława Smolarskiego (1888-1967), autora dystopii Miasto światłości i Podróż poślubna pana Hamiltona, zarzucający Huxleyowi plagiat pomysłów fabularnych i wykorzystanie ich w Nowym wspaniałym świecie. Obu polskich powieści z całą pewnością nie przetłumaczono zresztą na angielski, zważywszy że nawet w Polsce cieszyły się popularnością umiarkowaną. Niewiele wystawały one przed szereg innych prób skonstruowania polskiej powieści SF. Jak większość międzywojennego SF krajów środkowo- i wschodnioeuropejskich były w czytelny sposób wyrazem lęków wobec zmian cywilizacyjnych, którym podlegał Zachód i jakich niedługo należało się spodziewać na rodzimym gruncie. Jak większość ówczesnych reprezentantów gatunku powieści Smolarskiego cierpiały z powodu bagażu cywilizacyjnych lęków i były raczej intuicją kultury zachodnioeuropejskiej niż jej opisem. Huxley, trzeba uczciwie przyznać, wady powieści Smolarskiego przekroczył bardzo wdzięcznie, wym?ając polskiego autora w wyścigu o tytuł pierwszego uznanego powszechnie twórcy dystopii.

Jednak zarzut plagiatu, przy całym swoim nieprawdopodobieństwie, oparł się na stabilnych podstawach. Dzieło świetnego autora, zarówno w całym zarysie świata przyszłościowego, jak i w niezliczonych szczegółach, tak dalece przypomina nie jedną, ale dwie moje powieści, że usuwa to, jak sadzę, wszelką możliwość przypadkowych analogii. Jakież to analogie?

W 1924 roku, na osiem lat przed Huxleyem, Smolarski w swoim Mieście światłości opisywał przyszłość ludzkości w rozkroku pomiędzy stechnicyzowanymi miastami a zdegenerowanym stanem naturalnym. Wielka wojna, która zniszczyła dotychczasowy porządek społeczny, rozerwała związek pomiędzy ludźmi z metropolii i resztą kraju, rozpoczynając tym samym długotrwały proces ich oddalania się od siebie. Jedni utkwili w prymitywizmie i zabobonie, drudzy w dobrobycie i użyciu. Pomiędzy odgrodzonymi elektrycznym płotem światami pojawia się pośrednik usiłujący je pogodzić: Zadaniem jego jest teraz połączyć ze sobą dwa światy (...). Mieszkańcy borów przyniosą ze sobą energię, zdrowie duszy i młodość życia, wiarę w Boga i wiarę w ideały, a wzbogaceni wiedzą niezwykłego miasta stworzą byt wspanialszy, świetniejszy niż kiedykolwiek - mówi o sobie Andrzej, niebezpiecznie ocierając się o tytuł powieści Huxleya i zbliżając do fraz, których moglibyśmy oczekiwać od bohaterów Nowego wspaniałego świata.

Do tego momentu Huxley i Smolarski idą wprawdzie łeb w łeb, ale zbieżność problemów łatwo wytłumaczyć nie tyle kradzieżą pomysłu, co ich powszechnością w międzywojniu. Nie szukając daleko, podobne koncepty literackie znajdziemy choćby w powieściach Witkacego. Bardziej niepokojąca jest, z jednej strony, postać dzikusa i jej perypetie, z drugiej, wizja społeczeństwa tytułowego miasta.

Znany nam z Nowego wspaniałego świata John podobnie jak Andrzej buduje napięcie fabularne książki swoją drogą od fascynacji Miastem do odrazy dla niego. Obaj dzięki wiejskim nauczycielom i zakazanym książkom dowiadują się o istnieniu lepszego, stechnicyzowanego świata, obaj przenikają do niego, obu czeka rozczarowanie prowadzące do buntu. Dodatkowo niektóre motywy historii Andrzeja u Smolarskiego lekko przemieszczone pojawiają się u Huxleya (np. lot samolotem poza miasto do dzikich, u Huxleya podjęty przez fałszywego głównego bohatera Bernarda, układy miłosne pomiędzy bohaterem a kobietami). Siatki fabularne jednego i drugiego ujęcia nakładają się na siebie zaskakująco wiernie.

Z kolei "wizja przyszłościowa" u obu panów nie tyle uwodzi opisem wynalazków - Andrzej odstąpił od telefonu. W szerokiej płycie, na której przyrząd był umieszczony, widział przed sobą (...) postać osoby, z którą rozmawiał. Mógł śledzić nie tylko grę jej twarzy, ale nadto widzieć jej najbliższe otoczenie... (Miasto światłości, s. 158) - co raczej konsekwencją w krytyce konsumpcyjnego stylu życia. Społeczeństwo miast pogrążone jest w kontrolowanej stabilizacji i w wewnętrznym wyjałowieniu. U Huxleya soma, u Smolarskiego napój szczęścia niwelują problemy życiowe mieszkańców, redukując uczucia, indywidualność, dylematy moralne, degenerując rodzinę. Uśrednione szczęście i brak oporu ze strony rzeczywistości w obu książkach są materią budującą kraty najgorszego z możliwych więzienia. I znów, jakkolwiek słychać tu niewątpliwie głos czasów, egzemplifikacje problemu przybierają identyczne formy.

Przy całym nowatorstwie pomysłów Smolarski pisał wprawdzie wprawnie, ale bez daru wykreowania realistycznej wizji przyszłości. Ponadto ciążył mu potwornie balast modernistycznej poetyki, który dzisiaj czyni jego powieści właściwie nieczytelnymi. Huxley zaś pisze swoją powieść językiem współczesności, dopracowując realizm wizji, a przede wszystkim przesuwając akcenty w stronę opisu wewnętrznego jednostkowego zniewolenia i tym samym upolityczniając wydźwięk całości.

Huxley trzymał rękę na pulsie historii i rzucił antyzachodnią fabułę Smolarskiego w kierunku realnych problemów drugiej połowy wieku, nadając jej po prostu konkretność odniesienia. Piłkę przejmie tutaj zaraz Orwell i Rokiem 1984 trwale zwiąże dystopię z krytyką totalitarnej władzy, obracając jej ostrze przeciwko Wschodowi.

Po jeden, remis

Polska, razem z innymi państwami bloku wschodniego, podpisała Powszechną Konwencję o Prawie Autorskim w Paryżu 24 lipca 1971 r. Tym samym powstała nad murem berlińskim kładka prawna dla roszczeń dotyczących praw autorskich, zamykając szalony okres powojennych propagandowych plagiatów. Krótko po tym, w samym środku bezustannego szarego brzasku komunizmu Janusz Andrzej Zajdel (1938-1985) pisze krótkie opowiadanie Ten piękny dzień i rozpoczyna literacką intrygę godną zainteresowania literackiego detektywa. Sama historia jest raczej n?aka, wtórna i płaska, ale nosi interesujący tytuł. Dopiero po podniesieniu żelaznej kurtyny, gdy Polskę zalała mętna fala tłumaczeń anglojęzycznego SF, tytuł Zajdla zadźwięczał harmon?nie z tytułem powieści Iry Levina (1929-2007) This Perfect Day z 1969 roku. Ona z kolei każe przyjrzeć się najlepszej chyba powieści Zajdla Limes inferior.

Na drodze ku dystopii nie sposób wyminąć głazu Orwellowskiego Roku 1984, Zajdlowi nie udało się to także, ale nikt mu tego za złe mieć nie mógł, w końcu sam Orwell odsyła nas swoim pomysłem gdzieś w tył. Limes bronił się zawsze przede wszystkim zaskakującym finalnym zwrotem akcji i perspektywy oglądu przedstawionego świata. Ten skok nie jest jednak, jak się zdaje, autorskim pomysłem Zajdla. Gdzie Levin trafił w ręce Zajdla, czy jeszcze w Polsce, czy w Chicago podczas pisania Limes inferior, nie wiadomo, ale wpływ lektury wydaje się oczywisty. Powieść Levina to przeciętnie napisany kicz, będący kontaminacją wątków ze znanego nam już Nowego wspaniałego świata z innymi, zapożyczonymi z Roku 1984 Orwella. Jak przystało na mistrza produkcji powieściowej, więcej tu dialogów niż narracji, warstwę opisu świata przyszłości udaje się jakoś minąć, biograficzny klucz fabularny pcha akcję do przodu, nie występują zdarzenia zbyteczne dla statyki całości, człowieczeństwo zwycięża. Rzecz o zunifikowanym, pogrążonym w szczęściu i komforcie społeczeństwie (skądś to znamy) kontrolowanym przez Unikomputer, i o człowieku, który idzie na przekór unifikacji, wzbrania się przed przyjmowaniem środków otępiających i poszukuje prawdziwych wartości. Jakich? Tu Levin przechodzi samego siebie, zgodnie z duchem postępu zastępując ckliwą miłość Huxleya erotomańskimi wizjami (wydatnie w uzyskaniu efektu pomaga mu polski tłumacz: Deirde założyła nogę na biodro Chipa i jego twardość wsunęła się w nią bez oporu). Ostatecznie Levin nie podejmuje się rozwiązania do końca zagadki istoty ludzkiej wolności.

I dalej za Huxleyem, poza technokratycznym światem na wyspach żyją ludzie wolni, zindywidualizowani, żyjący ponad kontynentalny limit 67 lat (Huxley 60). U nich nasz bohater znajduje chwilę wytchnienia i przygotowuje atak na Unikomp, wykorzystując fakt, że jego dziadek, budowniczy bunkra, w którym komputer tronuje, pokazał mu niegdyś nieznany nikomu szyb prowadzący do centrum chłodzenia giganta.

Analogie z Limesem są rozsiane w tekście tu i ówdzie - kluczom Zajdla odpowiadają ściśle bransoletki Levina (oba wynalazki służą ciągłej kontroli zachowań mieszkańców przez system komputerowy - a to poprzez monitoring wydatków, a to poprzez lokalizację w mieście), jednakowe są chemiczne ogłupiacze podawane najniższym warstwom społeczeństwa, tak jak miasto Argoland przegląda się w jeziorze Tibigan, tak Unikomputer leży nad Jeziorem Powszechnego Braterstwa itp. Najistotniejszym podobieństwem jest jednak struktura fabularna - bohaterowie obu powieści u kresu swoich dociekań na temat otaczającego świata zmuszeni są do zweryfikowania swojej teorii na temat jego funkcjonowania. Obaj przeżywają najpierw jeden skok wiedzy, wyodrębniają się z ogólnej fikcji społecznej, po czym zmusza się ich do jeszcze jednego skoku - u źródeł panującego porządku odkrywają inną rzeczywistość.

Chip u Levina obwieszony ładunkami wybuchowymi odkrywa w podziemiach Unikompa szczęśliwą, zapracowaną przy budowaniu utopii i oczekującą na niego społeczność programistów: Weszli do wielkiego, udrapowanego czerwonym materiałem pokoju, w którym siedzieli bracia, uśmiechając się na ich widok. Potem zaczęli się śmiać, śmieli się coraz głośniej, wstawali z miejsc, b?ąc brawa (Levin, Ten wspaniały dzień, s. 297). To samo stanie się ze Sneerem u Zajdla - za miastem pozna on śmietankę intelektualną ludzkości, która nadzoruje utop?ny projekt Argolandu i namawia go do współpracy. Obaj w wyniku szalonego wierzgnięcia fabuły nagle stają ponad światem, w środowisku wybranych, zdolniejszych, rządzących, ale także obarczonych odpowiedzialnością za rozwój całego społeczeństwa, obaj zamieniają się we władców marionetek. I jakkolwiek u Levina, co zresztą świetnie wpisuje się w wewnętrzną logikę powieści trzeciego sortu, w finale bohater zniszczy Unikompa, stawiając ideał powszechnej wolności ponad projektem utopii, Zajdel mężnie utrzyma swojego bohatera w tragicznym egzystencjalnym pas. Okaże się w Limesie bowiem, że za zabiegami uszczęśliwiania ludzkości kryją się nie niskie pobudki ukrytych władców, ale potęga przewyższająca człowieka - Obcy wprowadzający ład w kosmosie. Tym samym Zajdel komplikuje znany już nam wzór dystopii, szukając zgubnego dla cywilizacji czynnika gdzieś poza człowiekiem.

Niewątpliwie Limes inferior u końca lat 70. kreśli istotę działania komunizmu z wyrazistością i głębią wglądu na imponującym poziomie, niedostępnym, jak się zdaje, na zachodzie Europy. Świat Argolandu jest rozregulowany, rozbity o realia, oparty o kompromisy, które wcale nie stają się tymczasowymi. Buduje go tak samo wiara Obcych w kosmiczną edukacyjną misję, jak i ich cyniczna interesowność, precyzyjne oddzielenie obu nie jest jednak łatwe. I jakkolwiek wizja wschodniego sąsiada, który siłą zaszczepia ówczesnej Polsce swoją wizję idealnego społeczeństwa, jest jednoznaczna, u Zajdla pojawia się przecież ktoś jeszcze, ktoś, kto może Argoland zabrać do tej części kosmosu, gdzie działanie idealistycznych Obcych nie sięga. Zdaje się, że sprzymierzeńców należy szukać na zachodzie galaktyki, ale czy na pewno? Świat Limes inferior jest przecież tak samo krytyką komunistycznego ustroju, jak kapitalizmu, zataczając interesujący krąg i wracając na miejsce znane nam z Miasta światłości.

Dwa jeden, remis!

Imię głównego bohatera Limes inferior Sneer jest literackim hołdem dla jednego z najciekawszych polskich autorów SF Adama Wiśniewskiego-Snerga (1937-1995), domyślamy się tego z dwóch przesłanek. Po pierwsze, fach "lifciarza" (czyli ukrytego geniusza windującego głupszych od siebie po szczeblach kariery w społeczeństwie Argolandu) zainspirowany był losami samego ekscentrycznego Snerga, wiecznego korepetytora, nieposiadającego bodaj nawet matury amatorskiego fizyka i filozofa. Po drugie, Zajdel w kreacji Sneera podkreśla unikalność obsesji Wiśniewskiego, obsesji skrajnej nieautentyczności rzeczywistości, obsesji, która poprowadzi nas w niezamierzony sposób do ostatecznego wyniku tej międzykulturowej potyczki o dystopię. Ale najpierw... Już Lem napisał (fragment z rozdziału Fantomatyka książki Summa technologiae): Gdybyśmy już te sygnały utrwalili, umieszczamy naszego człowieka w zupełnej izolacji, na przykład w wannie letniej wody w ciemnym pokoju, nakładamy mu odpowiednio elektrody na gałki oczne, wprowadzamy je do uszu, przytwierdzamy do jego skóry itp., jednym słowem, łączymy wszystkie nerwy tego osobnika z naszym magnetofonem, uruchamiamy go i w ten sposób wprowadzamy w nerwy poprzednio utrwalone zapisy.

I praktyczna realizacja w pierwszej części cyklu opowiadań Ze wspomnień Ijona Tichego:

Skrzynie stały dwoma rzędami nad sobą, a jedna znajdowała się wyżej, osobno - pamiętam, że policzyłem je, było ich bodaj dwanaście, może czternaście, nie wiem już dokładnie. (...)
- Każda z tych skrzyń zawiera układ elektronowy, wytwarzający świadomość. Jak nasz mózg. Budulec jest inny, ale zasada taka sama. Na tym koniec podobieństwu. Bo nasze mózgi - uważaj pan! - podłączone są, że tak powiem, do świata zewnętrznego - za pośrednictwem zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej. Natomiast te, tutaj - wyciągniętym palcem wskazywał skrzynie - mają swój "świat zewnętrzny" tam, w środku... - Jakże to możliwe? - spytałem(...).
- Bardzo prosto. Skąd wiemy o tym, że mamy ciało takie, a nie inne, taką właśnie twarz, że stoimy, że trzymamy w ręku książkę, że pachną kwiaty? Stąd, że pewne bodźce działają na nasze zmysły i nerwami płyną do mózgu podniety. Niech pan sobie wyobrazi, Tichy, że ja potrafię drażnić pański nerw węchowy w taki sam sposób, jak czyni to pachnący goździk - co będzie pan czuł? (...)
- To jest ich los - powiedział spokojnie profesor Corcoran. - Ich los, ich świat, ich byt (...) - Ijonie Tichy: tam jest cały świat!


Solipsystyczne wizje Lema otwierają dla dystopii nową drogę, na której za chwilę zobaczymy właśnie Snerga oraz posądzany o plagiat jego pomysłów film braci Wachowskich Matrix. Uderzenie Lema jest jeszcze słabe. Zostaje u niego wprawdzie stworzona teoretyczna możliwość imitowania ludzkich doznań czy to o wyrazistości doświadczenia, czy rozciągłości całego życia. Jednak, w zaskakujący skądinąd u tego pisarza sposób, Lem nie eksponuje tutaj w pełni demonicznej możliwości zastąpienia fantomatyczną wizją ludzkiego życia bez wiedzy głównego zainteresowanego, ogranicza się jedynie do aluzji o takiej możliwości. W Summie mówi się o świadomym i krótkotrwałym podleganiu fantomom doświadczenia, profesor Corcoran zaś w swoich skrzyniach nie więzi ludzi, ale stworzone przez siebie sztuczne mózgi. Tym samym przerażenie możliwą imitatywnością naszego codziennego doświadczenia czytelnikowi Lema zostaje wspaniałomyślnie odebrane.

Wachowscy nie odpisali nigdy na listy brata Snerga, domagającego się odszkodowania za domniemany plagiat. Podnosił on w nich kwestię zbieżności dwóch wątków pojawiających się u Snerga z pomysłami twórców Matriksa. Pierwszy pochodzi z, najlepszej zresztą, debiutanckiej powieści autora Robot. I tak: mamy tu do czynienia ze światem ograniczonym i podległym wyższej kontroli (Mechanizm będący konstruktem Nadistot), a ludzie są ubezwłasnowolnieni i poddawani szeregowi eksperymentów reżyserowanych przez istoty pozaziemskie:

Wieloczynnościowy komputer stacji -Mechanizm, któremu osiadłe w jakimś rejonie galaktyki Nadistoty musiały pozostawić pewną swobodę działania w zakresie sformułowanego ogólnie programu badawczego z powodu olbrzymiej odległości od źródła dyspozycji, funkcjonował chyba podobnie jak wysyłane przez ludzi na Księżyc, Marsa i Wenus stacje automatyczne. Różnica polegała na wielkiej uniwersalności Mechanizmu oraz na jego względnej swobodzie działania, zakreślonej tylko ramami nie znanego nam ludziom ani robotom programu. Czy jednak Naczelny Robot eksperymentował na ludziach wyłącznie w imieniu Nauki, jak ludzie w jej chwalebnym imieniu eksperymentują na kochanych przez siebie zwierzętach, czy raczej z pobudek sadystycznych zaprawionych nudą długiej drogi znęcał się nad ich uwięzionymi mózgami niezupełnie zgadnie z pierwotną wolą Nadistot - rozróżnienie tego było dla nas, jednakowo dręczonych, najzupełniej obojętne.

Ponadto w niejasny do końca sposób gra się jednostkowym ludzkim życiem i jego percepcją:

Leżeli w pedantycznie rozplanowanych warstwach, zatopieni w prostopadłościennych, przejrzystych blokach, niczym stopnie kryształowych schodów. Z prawej strony zbiornika drgnął podługowaty cień. Zakończony przyssawką ryj przenośnika wprowadził na swoje miejsce kolejny blok, który zawierał zastygłe w przezroczystej bryle ciało Asurmara.

(...) Od wszystkich głów biegły ku górze cienkie złote wodorosty. Przyjrzałem się twarzy Goneda: tak jak wszyscy inni, szeroko rozwartymi oczami patrzył w dal. Leżały tam również postacie dwu kobiet, które niedawno przywiozły na wózku Asurmara. Czy moje ciało spoczywało w innym zbiorniku, że nie umiałem go odnaleźć? Nigdzie też nie widziałem Iny.

I dalej: pojawia się tutaj kilka jednocześnie funkcjonujących warstw rzeczywistości (bunkier i relatywistyczne miasto Kaula-Sud) i czasu (w mieście płynie on 10 800 razy wolniej), a agenci Mechanizmu inwigilują ludzi. Jednak wszystkim tym wyobrażeniom brakuje przypieczętowującej kropki nad i, jaką byłby jednoznaczny obraz hodowli człowieka opartej o iluzję percepcji świata. Ten obraz byłby najokrutniejszą z dystopii, ostateczną dystopią.

Za właściwe podłoże skandalu z Matriksem odpowiedzialne jest przede wszystkim opowiadanie Snerga Anioł Przemocy, napisane w okolicy 1978 roku. Szczęśliwie dla literackiej legendy opowiadanie to, obok kilkudziesięciu innych, zostało zamieszczone w ponad tysiącstronicowej amerykańskiej antologii Science Fiction Century z 1997 roku. Tym samym ustanowiono pretekst dla podejrzeń o zapożyczenie przez braci Wachowskich pomysłów Snerga. I choć w Aniele nie ma ani śladu ani pigułek, ani telefonów pozwalających podróżować pomiędzy Matriksem a rzeczywistością (o czym zapewniała prasa w czasie prób generowania skandalu w sprawie plagiatu), pojawia się jednak pierwowzór tego najsilniej działającego obrazu filmu, który każdy oglądający nosi w pamięci:

Odkryła, że leży we wnętrzu szklanego prostopadłościanu. Jej nagie ciało zalewał przeźroczysty płyn. W nagłej ciszy, która nastąpiła po serii jadowitych syków, odezwał się przy jej uchu miły kobiecy głos: - Przykro nam bardzo, ale musieliśmy przerwać wyświetlanie twojego filmolosu. Czy nosisz numer dziewięćset czterdzieści miliardów pięć milionów siedemdziesiąt jeden?
Na tablicy w końcu szklanej komory, za literami T-Re, srebrzyła się wielocyfrowa liczba: 940 005 000 071.
- Tak - powiedziała.(...)
- Więc wszystko się zgadza - podsumował miły głos. - Po stu dwudziestu latach oczekiwania w kolejce uzyskałaś prawo do jednej doby autentycznego życia. Miejsce zwolnione zostanie za godzinę i dlatego musieliśmy cię obudzić. Przygotuj się! Za kwadrans szybkobieżna winda podniesie twoją kabinę na wysokość czterech kilometrów - aż do samego dachu Europy. Zobaczysz tam prawdziwe słońce, znajdziesz wodę i drzewa. Raz jeszcze przepraszamy za wyłączenie filmolosu. Gratulujemy i życzymy przyjemnych wrażeń!


We wszystkich kierunkach przestrzeni poza szybami ciasnych jak trumny prostopadłościanów spoczywały postacie ludzi pogrążonych we śnie. Tylko Lucyna leżała z otwartymi oczami. Przez kilkanaście minut patrzyła w dal na miliony nagich ciał symetrycznie rozlokowanych w szklanych korytarzach, których ściany emitowały światło i zbiegały się w nieskończoności.
Liczniki na tablicy pokrywała szyba. Rozbiła ją silnym uderzeniem łokcia. Najpierw wyrwała z gniazdka wszystkie przewody, a kiedy otwierając oczy znalazła dookoła siebie świat w niezmienionej postaci - położyła dłoń na szklanym ostrzu w poszukiwaniu niezawodnego wyłącznika.


Znający obsesje Snerga wiedzą, że nie tyle o przeludnienie świata może w opowiadaniu chodzić, co o klasyczny dla autora wątek istnienia istot przewyższających człowieka o ewolucyjny skok i człowiekiem jak zabawką się bawiących. A stąd do Matriksa rzeczywiście bliziutko.

I tak to w rozbłysku skandalu wątek dystopii zakończył swoje istnienie, rozpływając się w ciepłym oceanie popkultury. Tylko jej mogło się udać przeszczepienie fobii środkowoeuropejskich pisarzy SF na zupełnie obce im grunty. Strach przez Zachodem i strach przed Wschodem, które ożywiały i Smolarskiego, i Zajdla, i Lema, i Snerga, ich pytania o idealny porządek społeczny i naturę ludzką zastąpiło proste cięcie problemu u samego korzenia. Na końcu okazało się bowiem, że ani rzeczywistości, ani społeczeństwa, ani człowieka właściwie nie ma. Iluzja życia, jednostkowości i moc zniewolenia osiągnęły swój kres. Jednocześnie drużyna zachodnia zapomniała o nauce Huxleya i odebrała swojej wizji konieczne zacięcie. Bo gdy SF przestaje być polemiczne, gdy Wschód i Zachód niebezpiecznie się upodabniają, fantastyczna wizja przemawia coraz bardziej gasnącym głosem. I istnieje prawdopodobieństwo, że więcej twórczych plagiatów wątków dystopii nie zobaczymy...

I dlatego ostatecznie remis.

Rafał GRZENIA



Warning: require(/annotate.php3) [function.require]: failed to open stream: No such file or directory in /users/lampa/www/public_html/1007transfer.php on line 148

Warning: require(/annotate.php3) [function.require]: failed to open stream: No such file or directory in /users/lampa/www/public_html/1007transfer.php on line 148

Fatal error: require() [function.require]: Failed opening required '/annotate.php3' (include_path='.:/usr/local/php5-cgi/include:/usr/local/php5-cgi/lib:/conf/php/php5/pear:/usr/share/pear') in /users/lampa/www/public_html/1007transfer.php on line 148