Paweł Kozioł

Z odmą, pustą, złamaną ptasią kością"Lampa" 04/2011



Przyszedł w niniejszym odcinku straszny moment, w którym seryjnie będą pojawiać się sugestie, kto z przeczytanych pisze podobnie do kogo. Przepraszam serdecznie za użycie tej prymitywnej techniki - co jednak robić, gdy w poezji widzi się coraz bardziej przykre ograniczenie skali, coś jakby przewężenie zbiorowego gardła. Gotowi? No to zaczynamy kaszel.

Ile złego mogą z poezją zrobić obiegowe wyobrażenia na jej temat, doskonale pokazuje Nieśmiertelny październik Krzysztofa Depczyka. Na plus policzyć wypada debiutantowi frazy takie, jak: Czuć między nami chemię / i cóż nam z tego? / w Czarnobylu też jest jej pełno - i chociaż, jak wiadomo, rozpad promieniotwórczy jest kwestią raczej fizyki niż chemii, to koncept można docenić. Niezła jest także rapująca Nowa Hiroszima.

Jeśliby autor zdecydował się na takie lakoniczne i mocne pisanie, mielibyśmy całkiem dobry debiut. Niestety w jakiś sposób przytruł się on pseudopoetyckimi oparami, na skutek czego produkuje frazy takie, jak - nie wiem, jakiego poziomu samo zachwytu trzeba, by bez mrugnięcia okiem ujrzeć podobne słowa przed sobą na kartce - miłość jest wtedy gdy / jest się śmiertelnym / gdy klęczy się przed śmiercią / prosząc Ją o rękę. Najdziwniejsze, że tak brzmi zakończenie porządnie zaczętego wiersza z Czarnobylem. Podobne rozwiązania niby to poetyckie są u Depczyka niestety bardziej regułą aniżeli wyjątkiem. W Nieśmiertelnym październiku można bowiem znaleźć takie perły ozdobnego liryzmu jak choćby trójwers Namaluj na mej twarzy / jaśmin gorących palców / opuszkami całując usta. Cóż, poparzony w usta farbą o jaśminowym kolorze długo nie mogłem do siebie przyjść, a w oczach mi się ćmiło doprawdy tęczowo. Kiedy zaś odzyskałem minimum zdolności percepcji, książeczka otworzyła mi się na sąsiednim wierszu, noszącym dumny tytuł Piękno umiera, którego pierwsza linijka brzmiała doprawdy złowieszczo: Kaskady różu mdleją z wyczerpania.

Pocieszające jest jedynie to, że unikania podobnego młodopolskiego śmietnika można się nauczyć - i im prędzej Depczyk to uczyni, tym większa szansa, że kiedyś w przyszłości napisze coś sensownego. Na razie bardzo spektakularnie mu nie wyszło. Miejmy nadzieję, że Depczyk wyciągnie wnioski z tych błędów, bo w przeciwieństwie do wielu omawianych tu partaczy jakiś potencjał prawdopodobnie ma.

Ładny tytuł ma tomik Krzysztofa Ogonowskiego: Parkur. Chlubi się on również twardą okładką w stonowanym odcieniu szarości, wysokiej jakości papierem oraz dużą, wyraźną czcionką. I to by było właściwie na tyle, bo z informacji pozytywnych mógłbym dodać chyba tylko tę o nieobecności błędów ortograficznych. Zawarte wewnątrz utwory są zwykle odrobinę za długie na aforyzmy (wyjątki od tej reguły niechaj reprezentuje wyjątkowo przyzwoita całostka najważniejszymi rzeczami w życiu są / rzeczy trudno taki life) albo zanadto toną w nieokreślonym nastroju (cisza czasami przychodzi i oddaje / skradzione motyle).

W ogóle takich zatonięć różnego rodzaju jest w omawianej książeczce aż nadto. Złowieszczy bulgot rozlega się na przykład, kiedy czytamy frazę ludzie nie chodzą już nad Wisłę / chyba że topić się albo ambitną deklarację, z której wynika, że autor został krwawym najemnikiem krainy łagodności: w nadmiarze słów kolorów / i kształtów zbuduję dom z krajobrazem. Niestety między emocjami z jednego a drugiego fragmentu istnieje tragiczny w skutkach rozziew. Myślę, że to właśnie on powoduje tęsknotę za następującym rozwiązaniem: jesienne przymrozki niepokoją mnie / coraz bardziej schowałem się w ziemi / żeby żyć. W zbiorku dominuje jednak nadzieja, najpełniej wyrażona słowami: kiedyś wrócę na zielone wzgórze do / rzeczy prostych. Proszę bardzo, tyle że w poezji lepsze są w ogóle rzeczy krzywe, niepodążające gotowymi szlakami.

Jak gdyby w kontrze do wszystkiego, co napisał, Ogonowski co jakiś czas próbuje wyprodukować coś brutalniejszego czy choćby bardziej zdecydowanego: to że lubisz rżnąć mięso nie jest jeszcze / dowodem miłości czasami wypada / powiedzieć kocham zamiast pierdolę. Ale to też (niespodzianka!) się nie sprawdza. Nic więc dziwnego, że omawiany autor poważył się w pewnym momencie na deklarację, iż sztuka tak naprawdę nie istnieje. Można by jeszcze uściślić, iż nie w jego wierszach, a wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.

Ślizgawki Jakuba Sajkowskiego przestraszyły mnie pierwszymi kilkoma stronami. Miałem nadzieję, że piętrzenie medycznych metafor będę kojarzył tylko z jednym nazwiskiem Joanny Lech, dwukrotnie w tej rubryce zaopiniowanej negatywnie. Sajkowski dziwi się jednakże: Więc w oczekiwaniu na diagnozy, w bezsenności, jesteśmy / samotni? i już szpitalna, nomen omen, higiena cytowanej, excuzes le mot, diagnozy zostaje nieodwracalnie zaburzona.

Sam autor swoją sytuację definiuje tak oto: Jedyne, co dzielę ze światem, to choroba, objawy są różne: / ja mam bezdech, a świat ma drgawki. Co czytam: autor mówi, że z mówieniem ma problem, a na domiar złego to, do czego w wierszach zamierza się odnosić, odniesienie takowe skutecznie utrudnia. Lądujemy tu zatem w przestrzeni paradoksu: jeżeli bowiem w tym miejscu autor ma rację, to jest za słaby, by tę rację mieć. Sprytne, tylko po co?

Jednorazowy paradoks tego rodzaju byłby jeszcze do przełknięcia. Gorzej, gdy obrazowanie innych wierszy staje się świadectwem mimowolnie zapowiedzianej niekonkretności (Dzieje się coś. Coś, co rozsiane pod ściółką) albo gdy krótki oddech wymusza powtórzenia, bo te widocznie mniej cennego powietrza zużywają (twardnieją pnącza / i ziemia, w bruk śliski, w węże na bruku).

Mamy tu również kicz, nienawiasowy, nie wzięty w nawias stylistyki kampu, zupełnie jawny: W twoich oczach odbijają się burze Czarnego Morza. W moich, niestety, komputerowy ekran, zbladły ze wstydu, że można tak pisać i przez to bardziej niż zwykle jaskrawy. A musi jeszcze, biedak, pozwolić na wyświetlenie zdania Śmiertelne piękno pikowało z wdziękiem jaskółki.

No, dosyć tej ślizgawki, tym bardziej że to samo wydawnictwo opublikowało Tropy Małgorzaty Lebdy, w których słowo ma trochę wyższą energię. Przykładowo jest wiersz zatytułowany śnieg (tytuł chętnie bym skreślił, zgodnie z zasadą Borgesa, że w zagadce o szachach zabronione jest słowo "szachy" - ale niech tam), który zaczyna się tak: białe tylko z pozoru jest zimne mamy co do niego plany / i czerwone ręce tunele w białym kryją. Po takim fragmencie można wybaczyć wiele. Może niekoniecznie jednak wybaczone zostaną pojawiające się dalej nieszczęsne stróżki zimna na kręgosłupie jak akupunktura (chodziło chyba o strużki, stróżka to kobieta stróż bądź żona dozorcy domu; zdaniem dostępnego w sieci słownika PWN obydwa znaczenia są "dawne").

Dajmy jednak spokój ortografii. Lebda może popełnia błędy, poetyckie czasami również, ale rekompensują je zdania takie jak to: spoglądamy z werandy na styczniowe ciało wsi poorane / miedzami - które mówi tyleż samo o krajobrazie, co i o patrzących. A dalej idą słowa pod opuszkami palców gwóźdź, za sprawą których krajobraz, cielesne porównanie, ciała patrzących i patrzenia sceneria mieszają się ze sobą w sposób nader udatny.

I gdybym miał określić koncept, który definiuje tę poetykę, zawierałby się on właśnie w przytoczonych wersach: jest liczba mnoga, która patrzy na zewnątrz, co zasadniczo jest lepsze, niż jakikolwiek erotyk, a następnie jest moment, w którym wszystko, co wypatrzone, wraca i scala się (z każdego wyjścia / w miasto przynosimy fotografie obcych ludzi nadajemy im imiona / i sensy a potem to skrzypi przychodzi).

Zresztą co będę was, robaczki rozmaite z opisywanych przez Lebdę chaszczy, oszukiwał - nie temat i motywy przekonują mnie do tej poezji, ale po prostu składnia. Słowa, które się łączą, plus pauzy we właściwych, choć nieoczekiwanych miejscach. I to jest znacznie ważniejsze niż jakikolwiek "sens". Kwestie, o jakich warto opowiadać, zawsze się prędzej czy później pojawią - ale na taki moment trzeba mieć przygotowane dobre narzędzie, inaczej nici z mówienia, choćby na naszych oczach samoloty wbijały się w las czy we wieżowce. Małgorzata Lebda, zasadniczo rzecz biorąc, ma to narzędzie.

Zdarzają się tu jeszcze frazy chybione albo zwyczajnie byle jakie - deszcz cicho połyka dzieci - albo takie, które może zbyt mocno kojarzą się z Agnieszką Mirahiną (choć z personalnych skojarzeń, jakimi w tym odcinku rzucam na prawo i lewo, to jest akurat najlepsze), które można znaleźć w wierszu magistrale. Małgorzata Lebda jest jednak całkiem dobrą poetką i nawet kiepskie rekwizyty (patrz: mgła) układa w konstrukcje, które dają się zaakceptować (patrz: wyjadamy mgłę). Piszę to jako czytelnik-dyspeptyk; autorka, która o chłodzie pisze często i chętnie, być może taką jego inkarnację doceni.

O ile Sajkowski jest miejscami zwyczajnie wtórny, o tyle pierwsze strony tomiku Marcina Orlińskiego, zatytułowanego (źle!) Drzazgi i śmiech, prowadzą z ową wtórnością dość wyrafinowaną grę. Czy wygrywają, to już inna sprawa, niemniej jednak ambicję wypada docenić. Pierwszy wiersz wygląda bowiem jak honetoid (czyli naśladownictwo wiadomego autora), który co chwilę migruje jednak w stronę stylistyki halucynogennej. W złe, lipcowe popołudnia / drzewa zrzucają korony i przejście: a trasy owych pojazdów / o silnikach na ocet krzyżują się / w drewnie.

To można lubić albo nie lubić - podobnie jak manewry na granicy kiczu, takie jak spiętrzenie przymiotników w wierszu Ambient (Trawniki tego starego, prawobrzeżnego osiedla / zarasta grzyb). Ostateczny efekt jest jednakże taki, że ustawiczne balansowanie na granicy między poezją dobrą a złą, strawną a niestrawną, powoduje zaburzenia recenzenckiego błędnika. O pracy redaktora nad tomikiem świadczy to nienajlepiej, o autorskim wyczuciu chyba też. Bo co w tej książce robią partactwa w stylu Piotra Sobolczyka (podobno Arystoteles był filozofem od bytu / i miał kupę do powiedzenia)? Co robią ciągi obrazów, łączących się między sobą tylko wątpliwym prawem mnożenia niezbieżnych ze sobą efektów (Sierpień wystawia na próbę / swoje moździerze, w jego śliskiej politurze / odbija się zakrzywiony paznokieć archanioła)? Dlaczego czyjeś ciało opisane zostaje w koszmarkowatym, medycznym stylu Joanny Lech (te potajemne / przeszczepy), a gdzie indziej Wyrasta się z bieli / jak z kitla? Dlaczego - to jest pytanie najważniejsze i dla odmiany bardzo proszę się nie śmiać - to wszystko, co złośliwie zacytowałem, sąsiaduje z dobrymi wierszami, takimi jak Ból, humor, obczyzna, albo chociażby z dobrymi żartami, sprytnie przedzielonymi przerwą międzywersową (Silnik rzęzi, skamle, jakby chciał wypluć / księgę dziejów przemysłu motoryzacyjnego)? Zaiste, biedny błędnik.

Stowarzyszenie Literackie imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego - które wydało kilka ważnych książek, jak choćby Alicję Romana Honeta - obchodzi w tym roku dwudziestolecie. W takim właśnie momencie wychodzi książka sygnowana przez jedną z założycielek stowarzyszenia, panią profesor Joannę Ślósarską. Zasługi organizacyjne idą tu jednak swoją drogą a wiersze swoją, gdyż tomik Prześwietlone klisze z New Grange jest prawdę mówiąc nienajlepszy. Ewidentnej słabizny rzecz jasna tam nie znajdziemy, jeżeli zaś trafi się ryzykowna metafora dopełniaczowa, jak choćby posrebrzane świdry gwiazd, to w dalszym ciągu wiersza z reguły znajduje ona uzasadnienie (w tym konkretnym wypadku stanowią je wersy nie wiem co będzie za chwilę / gdy świder / przewierci moje gardło). Co zatem sprawia tu problem? Po pierwsze tyrania dekoracyjnego epitetu. W zamyśle ma on pewnie stanowić niespodziankę (bo mało tutaj określeń oczywistych, za to dowiadujemy się na przykład, że plastelina jest gorzka), lecz rozpaczliwie niewiele wynika z miejsc, w których jest mowa na przykład o występnie słodkiej szarości.

Drugim i chyba zasadniczym problemem jest wszechobecna abstrakcja. Nawet gdy mamy do czynienia z frazą zbudowaną z samych rzeczowników, to zazwyczaj więcej w niej alegorii niż konkretu (bracie mój / mam już wiosło i łódź / jestem w krainie bez soli i wody). Czasem abstrakcja infekuje również gramatykę - rezultat stanowi na przykład deklaracja: nauczyłam swoją dziecięcą próżność… Takie podejście do poetyckiego znaczenia powoduje, że obrazy się ze sobą nie kleją, pozostają statyczne, zaś znaczenie, które zostało założone przed wierszem, pozostaje zapewne ściśle tożsame z tym, które otrzymujemy na wyjściu. Innymi słowy, jest to taka twórczość, która nie tworzy.

Z sygnowanym przez to samo wydawnictwo tomikiem prawie dotykam Marcina Siwka również mam pewien kłopot. Otóż o ile niemal każdy wiersz stamtąd uznałbym za co najmniej przyzwoity, jeśli nie wręcz dobry, o tyle całość książki sprawia mi czytelniczą przykrość. Dzieje się tak, ponieważ większość tekstów oparta jest o dokładnie ten sam schemat, w którym tematem jest tworzenie czegoś, a wykonawcą autorskie "ja". Przykładowo w jednym z wierszy bohater maluje tęczę, która wyradza mu się w Różewiczowską brzydotę bądź w intensywność spod znaku Paula Celana: zadymiona mułem / szary strumień // wychlapany // z płytkiego / koryta powietrza. I dobre to jest. Niemniej jednak jeżeli w tej samej książce znajduje się jeszcze melodia // która // wypływa / z moich oczu oraz słowa, które nie są martwe dopóki / się nie wykrwawią // do ostatniej litery oraz - świetnie skądinąd wykoncypowany! - labirynt, który sam siebie szuka i sam siebie nawołuje z każdego zaułka, to łatwo poddać się wrażeniu pewnej autokreacyjnej monotematyczności. Po twórcy z pewnym dorobkiem, a do takich Siwka należałoby z pewnością zaliczyć z uwagi na tomiki Fuga dłoni oraz Nekyja, oczekiwałbym raczej konfrontowania się z czymś więcej, niż tylko własne ja jako artysty, własny - przepraszam - podmiot czynności twórczych.

Siwek miałby narzędzia pozwalające zaatakować dowolny temat. Jego poezja jest skupiona jak wiązka światła w systemie soczewek, wersyfikacja doskonale generuje emocjonalne napięcia, moc definiowania i nazywania też niczego sobie (w utworze o milczeniu pojawia się na przykład fraza: usta / są tylko / ubytkiem) - jednak ogólne wrażenie jest takie, jakby ten świetny silnik poruszał się na jałowym biegu, bez przełożenia mocy na koła i bez kontaktu z podłożem.

Zbiorek jest podzielony na części, a najlepszą z nich stanowią prawdopodobnie szkice...matce..., stwarzające obraz autora jako specjalisty od lakonicznych trenów. Najwięcej wątpliwości budzi za to część pierwsza, oznaczona jedynie rzymską cyfrą, zawierająca zaś serię zachęt do mówienia (znowu tu straszy nadrzędny temat-widmo).

Zmieńmy teraz wydawnictwo, lecz nie lokalizację. Pod względem edytorskim Mamałyga Konrada Cioka jest tragiczna (górny margines znacznie większy od dolnego, numeracja stron jak z domyślnych ustawień programu Word). Nie przekonuje mnie również okładkowe zdjęcie, które przedstawiać ma ręce grzebiące w ziemi - jednak popisowo czyste paznokcie kompletnie psują efekt. Gdyby autor miał pecha na to zasługiwać, łatwo by z tego ukręcić jakąś negatywną alegorię, jakieś podejrzenie fałszu. Szczęśliwie jednak teksty wynagradzają nieciekawe pierwsze wrażenie. Co nie znaczy bynajmniej, że traktują o szczęściu.

W zasadzie połowę książki stanowią zapisy, którym bliżej do prozy niż do wiersza (jeden z nich, ten o zakopywaniu psa, identyfikuję jako fragment bloga). I trzeba tu powiedzieć, że Ciok ma zadatki na całkiem porządnego prozaika: solidnie opisuje, elegancko zmienia temat, ma ucho do gwary i oko do wiejskich scenerii.

Dekorowałem kiedyś okładkę pierwszego tomiku tego autora paroma pochwalnymi zdaniami, więc z pewnym sentymentem tropię przejawy znanej z jego debiutu dynamiki, takie jak wersy wytraciłem powoli kury i gołębie, / perliczki stanęły w ogniu, ewentualnie jak zbitka niedziela nie działa / cudowny cierpień. Nie zmienia to jednak faktu, że teraźniejsza poetyka autora Brudnego kina jest już inna. Najlepiej sprawdza się ona bodajże w długim jak podróż poemacie Awake on a train. Z Nieurodzajem, stanowiącym monolog pooperacyjnego pacjenta, było zapewne trudniej, bo sytuacja bardziej statyczna, bardziej jednoznaczna, zatem sygnałów zagrożenia nie da się wprowadzać tylnymi drzwiami. Więcej tu zatem jasnej sytuacji niż drżenia, które powoduje wyprowadzanie serii hipotetycznych nieszczęść zdrowotnych z niewinnego na pozór porównania Dziecko przede mną blade jak maślanka. A parę linijek dalej można już tylko tak: pod powiekami stają kopalnie uranu.

Całą medycynę pomiędzy ominąłem, jak również wszystko, co zostało napisane w pierwszej osobie na stronie 50. Nie żeby te kawałki były złe. Interesuje mnie jednak również papierowe, literackie i może trochę nie na miejscu pytanie - nie do zadania pewnie, gdybym cytował wszystko o płytkach w czaszce - kim byłby Ciok oczyszczony z wpływu szkoły łódzkiej. Jeśliby artystycznie, nie zaś fabularnie, odczytać frazę Wyschnięty nucę w muł. Łódź nie odpowiada, to można by przypuszczać, że sam autor Mamałygi wie, że coś jest na rzeczy. Sam ująłbym to tak: Ciok ma całkiem ciekawe, jak by to nazwać, wyczucie egzystencjalnego oraz literackiego ryzyka, które trudno byłoby znaleźć na przykład w książkach wydawnictwa "Kwadratura". I na tym tegomiesięczną serię porównań czas skończyć.

Krzysztof Depczyk Nieśmiertelny październik Black Unicorn, Jastrzębie Zdrój 2010.
Krzysztof Ogonowski Parkur Kancelaria Doradztwa Finansowo-Architektonicznego Warszawa 2010.
Jakub Sajkowski Ślizgawki Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2010.
Małgorzata Lebda Tropy Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2010.
Marcin Orliński Drzazgi i śmiech Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2010.
Joanna Ślósarska Prześwietlone klisze z New Grange Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2010.
Marcin Siwek prawie dotykam Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2010.
Konrad Ciok Mamałyga Stowarzyszenie Pisarzy Polskich - oddział w Łodzi, Łódź 2010.




Warning: require(/annotate.php3) [function.require]: failed to open stream: No such file or directory in /users/lampa/www/public_html/1104przeglad.php on line 123

Fatal error: require() [function.require]: Failed opening required '/annotate.php3' (include_path='.:/usr/local/php5-cgi/include:/usr/local/php5-cgi/lib:/conf/php/php5/pear:/usr/share/pear') in /users/lampa/www/public_html/1104przeglad.php on line 123