Paweł Kozioł

Zamiast przeglądu"Lampa" 10/2011

W tym miesiącu tradycyjny przegląd tomików nadesłanych nie miałby sensu. Po pierwsze dlatego, że nadsyłający ewidentnie nie dopisali. Po drugie i ważniejsze złożyło się tak, że wreszcie dotarłem do książki Imię i znamię Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, którą zamiast krytykować mogę po prostu komentować, i nie zamierzam tej świątecznej okazji przepuścić. Że zaś do Piosenki o zależnościach i uzależnieniach odniosłem się w swoim czasie ze sporym dystansem, traktując tamten tom jako świadectwo kryzysu, jako katalog odwołań do twórczości wcześniejszej, wreszcie jako Różewiczowskie (z ducha i z nawiązań) sprawozdanie z rozpadu języka poezji - to teraz efekt nowej książki jest tym silniejszy.

Podobno jej lekturę należy zaczynać od przypisu, umieszczonego na końcu książki i zajmującego nieco ponad pół strony. Przypis z kolei zaczyna się od zdania: W Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) znaleźli się wszyscy członkowie mojej rodziny po kądzieli (nie tylko dziadek i jego trzej bracia), jednakże ich przynależność do ukraińskiego podziemia była przede mną ściśle ukrywana do mniej więcej 15 roku życia. A dalej jeszcze kilka suchych, dość chaotycznie zestawionych faktów biograficznych - nieoprawionych w spójną narrację, jak gdyby z góry było wiadomo, że nie da złożyć się w całość opowieści o deportacjach, małżeństwach i zmianach wyznania. W wierszach także ten temat pojawia się w formie dosłownej - czyli poeta nie mówi już (pięknie skądinąd) moja matka piękny krzew dwulicowy / jest pół Polką pół Ukrainką, ale wprost wspomina o imieniu mojej matki banderówki, wykrzykiwanym za nią przez wiejskie kobiety.

Tyle, jeżeli chodzi o tak zwane walory poznawcze tej poezji. Pokazuje ona coś istotnego, a dziś nieoczywistego. Doświadczenie, które mówi, że tożsamość etniczna może być zjawiskiem niejasnym, zostało bowiem skutecznie wyrugowane z polskiej świadomości za sprawą wojny i wszystkich powojennych przesiedleń. Znają ten stan jeszcze za naszą wschodnią granicą, gdzie np. zdarza się, że obywatel Ukrainy mówi po rosyjsku (bo inaczej nie umie), że jest Tatarem. Znał go też Czesław Miłosz, gdy mówił o podwileńskich "tutejszych", w czasie spisu powszechnego w rubryce "narodowość" wpisujących słowo "katolik" bądź "prawosławny". Miłosz jednakże mówił o regionie, gdzie wojna - pominąwszy rajd generała Żeligowskiego - była co najwyżej celna.

Ale dość tej pozytywistycznej lektury, inni są od niej specjaliści. W Imieniu i znamieniu intryguje mnie coś innego - mianowicie wtłoczenie tej krwawej i brutalnej treści w ramy przestarzałej zdawałoby się formy literackiej, jaką jest sielanka. Oczywiście, że nie da się czegoś takiego zrobić bez rozwalenia ram rzeczonej formy, jednak na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Jest śpiewający pastuszek w otoczeniu przyrody oraz są frazy, które dają się odczytać jako ludowy szyfr opowiadający o miłości cielesnej:

jabłuszka otrzymywałem wyłącznie
of Lubuni Hryniawskiej [...] ale co to były
za jabłuszka którymi mnie
wynagradzała odkąd uchodziłem

za najlepszego w jej oczach pastuszka

W następnym wierszu (ciekaw jestem, jak by to wyglądało, gdyby Dycki zrezygnował z dość i tak umownego podziału na utwory i zamiast tego zaproponował dla odmiany poemat) dopowiedziane zaś zostaje, iż

dla pastuszka zaś (i to najlepszego
we wsi) trzeba mieć nie tylko jabłuszka
i nie tylko hniłki ale i serduszko

Co dalej? Dalej pastuszek okazuje się nie taki znowu najlepszy, skoro na pastywnyku dość często gubi krówki, świnki i husiata. Drzewa rodzące słodkie owoce, do których należą jabłuszka, hniłki (gruszki-ulęgałki) i bziuczki, czyli odmiana słodkich czereśni, płoną. W ostatnim zaś wierszu książki, w którym cytowany jest Iwaszkiewicz, a tytuł Obłoki odsyła do katastroficznych wizji Miłosza, utożsamienie z "pastuszkiem" staje się wręcz znakiem porażki:

z nikogo się nie natrząsam
chyba że z siebie raz po raz powtarzając

za wielkim poetą "zimny wiatr żenie
polem niebieskie baranki" gdzie jesteście
moje baranki chodziłem za wami
ale was nie upilnowałem w Wólce Krowickiej

Swoją drogą Dycki na początku nie wykonywał tego gestu ustawiania się wobec historii literatury, teraz zaś robi to coraz konsekwentniej, a co najważniejsze - sensownie. Nie są to bowiem proste hołdy, tylko ambitne próby przemontowania czegoś, co zostało powiedziane wcześniej (o ile pamiętam, przytaczany we fragmencie utwór Iwaszkiewicza - który też pisał kiedyś bo ja jestem z Ukrainy - nie ewokował szczególniejszej grozy).

U Dyckiego wraz z grozą przychodzi także imię-znamię: konkretnie znamię "wnuka rezuna", konkretnie imię matki: banderówka. Tematy wyparte tak dalece, że nawet skarbnica kulturowej świadomości, jaką stanowi autokorekta programu Microsoft Word, wolałaby, bym pisał o "wnuku rezusa".

Wróćmy jednak do języka wierszy Dyckiego. Ma on swój udział w skojarzeniu z sielanką, która w polskim wydaniu - za sprawą m. in. Roksolanek albo ruskich panien Szymona Zimorowica - jest jednoznacznie wychylona na wschód. Tradycja użycia ukrainizmów też wygląda zacnie, jako że Sęp-Szarzyński jedną ze swoich (domniemanie) pieśni rozpoczął od cytatu Terpyż, hołowońko, do szczesnoj hodiny.

Sam poeta twierdzi, że używa słów z języka chachłackiego, czyli z rodzaju gwary wschodniosłowiańskiej (owo ogólne określenie potrzebne jest mi po to, by nie robić z chachłactwa kwestii narodowościowej, choć "chachoł" to pogardliwe określenie Ukraińca, datujące się jeszcze z czasów armii carskiej). Można to zdanie sformułować jeszcze mocniej: poeta twierdzi, że chachłacki jest językiem. I tu należy podstawić ileś kategorii socjologicznych czy filozoficznych: chachłacki, jak każdy język, jest sposobem odczuwania świata, świadectwem tożsamości i tak dalej.

Tutaj drobna dygresja: odrobinę tego narzecza było mi dane usłyszeć, ale jest to pamięć absolutnie szczątkowa. Kiedy zgadaliśmy się o tym z Łukaszem Saturczakiem, okazało się, że w jego stronach do tej pory jest w użyciu nieznany mi wyraz bodaki (osty, rzepy), natomiast niepojęte dla niego były z kolei hniłki.

Język jednakże nie jest sprawą z sielanki - nawet i takiej, która się rozpada. Dycki pisze:

każda agresja mojej matki (w domu
w szpitalu miała miejsce w języku
ukraińskim nie muszę powiadać jak bardzo
bałem się reakcji lekarzy pielęgniarzy

I żeby było jasne, że ta przerzutnia jest ważna, że chodzi o skojarzenie z agresją nie języka ukraińskiego, ale języka w ogóle, to w dalszej części tego samego wiersza pisze też o agresji swego spolonizowanego ojca. Agresja nie wynika z wyboru tego czy innego języka (chociaż chachłacki z nazwami słodkich owoców nadaje się do jej wyrażania jakby nieco mniej), ale z samego faktu mówienia. I tego problemu nie da się ominąć - chyba że się, jak Dycki, używa języka odtrutego, w którym natrząsać się można co najwyżej z siebie. Czyli z tej odwróconej sielanki można jednak wyczytać coś na kształt programu pozytywnego, wizję takiej mowy, która nie zagraża.

W jaki się sposób Dycki z siebie natrząsa? Najłatwiej wskazać rubaszne rymowanki w guście ludowych przyśpiewek, żartów w rodzaju wyskakiwałem / po flachę i robiłem lachę czy rymowanka o psie, zaprzeczająca jego złowieszczej symbolice:

zgłosi się do mnie ów zaropialec (będziemy
w zgodzie wielkiej jeść smalec)

Pies - jak w ogóle inne zwierzęta, takie jak jastrząb wielodzioby czy nawet ślimak - jest w poezji Dyckiego znakiem szaleństwa. Rymowanka poniekąd ów znak odczarowuje, choć z drugiej strony w książce pojawia się zbyt wiele deklaracji o braku pogodzenia z nieprzydatnością poezji, by czytelnik uwierzył w stuprocentową skuteczność tej magii.

O oswajaniu tych psów szaleństwa Dycki pisze następująco:

dokarmiam wszystkie wyimaginowane
psy lecz nie zabieram im resztek
(oprócz wiersza) i nawet dla siebie
nie stwarzam domu choć mógłbym

napisać ciąg dalszy piosenki o zależnościach
lecz nie zabieram im resztek

Jest to niejako przy okazji sygnał, że cel tej książki jawi się nieco inaczej aniżeli w przypadku Piosenki o zależnościach i uzależnieniach. Nowa książka Dyckiego przestaje deklarować, że poezja współczesna to nekrologi. Z jednej strony skuteczność upamiętnienia jest tym razem wątpliwa, a wszystko zdaje się zależeć od autorskiej pamięci:

dostrzegam
nadaremność poezji kiedy usiłuję sobie
przypomnieć coś więcej aniżeli imię dziadka
i coś więcej aniżeli imię mojej matki

banderówki

Z drugiej strony - gra w pamiętanie za pomocą poezji okazuje się skonstruowana tak, że nie sposób jej wygrać. Brak kryterium sukcesu, gdyż nie stanowi go przecież ilość przywołanych jabłuszek, bziuczków i hniłek. Co gorsza, nawet przechowanie pamięci o pastuszku, który był we wsi najlepszy, choć gubił powierzone mu husiata, nie stanowi lekarstwa na nadaremność poezji, mimo że tak udatnie gra i z pamięcią prywatną, i z kulturową pamięcią sielanki. Jeśli i to nie wystarcza, to obawiam się, że już niewiele więcej można wzmiankowanej nieprzydatności przeciwstawić. Prawie na pewno zaś nic z tego, o czym pisałbym w "Lampie" w normalnym, przeglądowym trybie.



Keydren -- Monday, November 21 2011, 11:56 pm

Posts like this brighten up my day. Thanks for tnkaig the time.


eouthlizl -- Tuesday, November 22 2011, 06:19 pm

7dPzsl , [url=http://miiaesxpbxpd.com/]miiaesxpbxpd[/url], [link=http://ldfhokozkkyj.com/]ldfhokozkkyj[/link], http://cytucbwcriwz.com/


ggfnyhlmw -- Wednesday, November 30 2011, 03:29 pm

QX7S0B biaflbknziar


tkcduwylhc -- Sunday, December 4 2011, 12:27 pm

Qqv976 , [url=http://movrblgrusyk.com/]movrblgrusyk[/url], [link=http://ltjljsxdcwxp.com/]ltjljsxdcwxp[/link], http://wqjrfrfmsztr.com/


Pseudonim:

Komentarz: