Machać skrzydłami i starać się"Lampa" 10/2011

Z Jackiem Kleyffem rozmawia Kazimierz Malinowski

JACEK KLEYFF: To się już nagrywa?
KAZIMIERZ MALINOWSKI: No. Tu z okna mamy czajonko na twoje auto.
- Nie no, ja się nie boję o samochód, bo mi nikt go, odpukać, nie rusza. Mój samochód to suzuki swift i ma na imię Pan Stanisław.
Ja tak z rowerami mam, takie żeby je można zostawić, żeby powierzchownością pożądania nie budziły.
- Tak samo wojsko na studiach trzeba było obowiązkowo zaliczyć, na trzy mniej, żeby ci nie dali więcej niż młodszy szeregowy i nie brali do armii. W studium wojskowym, było obowiązkowe, żeby jak bądź, ale jakoś zdać, by móc przejść na następny rok z wszystkich innych przedmiotów. Wtedy nie było nawet myślenia o dezercji.
Za moich czasów Kurzyniec, okupacją SW na Jagiellonce, już wywalczył wyjście armii z uniwersytetów.
- To WiP zrobił, a ja jestem studentem gomułkowsko-gierkowskim i wtedy bez zaliczonych zajęć wojskowych wylatywałeś. Trzy minus to był punkt równowagi.
Tak mi, luźne skojarzenie przyszło do głowy, na nasze wsie też przyjechali ludzie z planem trzy minus dla systemu... Jacek, jak to się stało, żeś w sobie poetę odkrył.
- No więc wyobraź sobie, że z chruszczowowskiego Kraju Rad przychodziły niesamowite samizdaty, trzaskane w sześciu kopiach na maszynie do pisania. Także teksty ballad takich ludzi jak Schulz (ale nie Bruno), Wysocki, Okudżawa i inni, rozumiesz. I można było, i dawali radę! To trzeba Rosji oddać, że Rosjanie pierwsi byli w samizdacie. Miałem przyjemność znać też Witolda Dąbrowskiego i jego żonę Irenę Lewandowską, i miałem samizdatową, nieocenzurowaną wersję Mistrza i Małgorzaty w ich tłumaczeniu; ta książka wywróciła mi cały wewnętrzny kruchy porządek. To był czas, kiedy chciałem zakładać zespół bigbitowy. Jeszcze nie potrafiłem grać na gitarze, to wymyśliłem, że moim instrumentem będzie tornister, taki sztywny, tekturowy, z drewnianymi klockami w środku, takie moje hurgocące tamburino, i że do tego będę wyśpiewywał, co mi się będzie chciało. A mając lat piętnaście byłem na Węgrzech z rodzicami, i w czardach, takich winiarniach klimatycznych, na wzgórzach porośniętych winnicami nad Balatonem. Siedziałem tam pod cymbałami, bo w każdej z tych czard grała pełna kapela, a te cymbały hipnotyzowały mój młodociany organizm.
Sześć lata po masakrze w Budapeszcie, 62 rok, dobrze liczę?
- Dobrze. Wyrywałem się wtedy na całonocne posiedzenia pod cymbałami. Działo się to na wzgórzach nad Balatonfüred, gdzie standardowo orkiestry używały jeszcze skrzypiec, harmonii, gitar i kontrabasu. Jak siedziałem pod tymi cymbałami - wpadałem w skrajny zachwyt, i oni, jak zobaczyli, co się ze mną dzieje, to mnie polubili; pożyczyli mi gitarę, pokazali mi pierwszy mój a-mol i c-dur. Jak wróciliśmy - zarządziłem rodzicom kupienie gitary. Wymyśliłem sobie, że chcę grać jak oni, ale dodać jeszcze perkusję i bas. No i na studiach zakładaliśmy zespół bigbitowy, różne próby, męczenie House of the Rising Sun. I już umiesz te trzy akordy, już ułożyłeś te pierwsze trzy lub cztery piosenki, takie wprawki, i nagle szok, wejście do Czechosłowacji, samospalenie Siwca, i koleżków ci nagle zaczynają do więzienia zamykać. Następnych akordów już nie mam czasu szlifować; z tymi akordami, które znam muszę wywrzeszczeć, żeby nie zwariować, szyderkę i rozpacz, na trzech akordach. Ponieważ galaretowaty palec Breżniewa nad czerwonym guzikiem atomowym powoduje, że zaprzyjaźnione z moimi emocjami mocarstwo amerykańskie mówi: jesteście wspaniali, Polacy, bohaterscy, ale linia Wisły będzie linią ziemi spalonej, jeśli ta galareta spadnie na ten guzik, i go naciśnie. Trzeba ci też wiedzieć, że w tym czasie na ćwiczeniach nasze wojsko ćwiczyło także wkraczanie do Kopenhagi. Czyli tak - brak przyszłości, wrzask i trzy akordy.
To dałeś definicję punka.
- Ja wolę ten nowo powstający wtedy nurt muzyczny nazwać po naszemu. Nie "punk", a raczej "wkurw". Wisiało realne zagrożenie, że wszystko się rozwali, więc dużo w Bieszczadach, brałem dziekanki, żeby ten koniec świata, jakby co, z góry oglądać.
Nerwowe czasy po kryzysie kubańskim.
- W związku z tym skrajna szyderka, eksces, ale oczywiście władza dbała, żeby to nie był eksces publiczny. Były za to w kilkadziesiąt zaufanych osób, skandale kameralne, czyli akcje w rodzaju palenia wciery portretu Gomułki (dwa na dwa metry) w kamieniołomach w Kazimierzu nad Wisłą, po wejściu do Czechosłowacji.
Kazimierski wapień dookoła.
- Miejsce czarów i egzorcyzmów, palenie tej wciery którą podprowadziłem z jakiejś akademii, w ognisko, a potem wspólne zadeptywanie.
Wtedy w sobie poczułeś poetę?
- Już pisałem. Były już takie teksty jak Cyrk, Przytułek, i o kolejowej poczekalni, gdzie ogryzek jest podstawą zadumy, bo leży na środku i wszyscy na niego patrzą. Dziadek wypił piwo, w ogryzek oczy wlepił, winem chętnie by poprawił... Pan, co z teczką żółtą siedzi, nie starczyło mu z diety, też by coś zjadł, niestety.
Od razu pisałeś z myślą o zaśpiewaniu? - Tak, to od razu do zaśpiewania było robione; tak się zaczęło. Ale na razie trzy akordy i już ci zamykają kolegów. Jest marzec '68, zaraz będzie proces "taterników", a w nim - przyjaciela, który mnie wypchnął i na prace wysokościowe, i do piosenek, Jana Kelusa, wsadzają.
Taternicy, co z kontrabandą samizdatową chodzili przez Tatry?
- On kiedyś zjechał pięćset metrów z lawiną pyłową. Tylko dlatego, że grał na gitarze, to miał taki długi paznokieć, i nim wydrapał sobie z gardła taki korek z lodu, co go dusił, a w plecakach wnosili do Polski zakazane książki, głównie paryskiej "Kultury", Gombrowicz, Miłosz, Herling- Grudziński i innych. Bez patosu i kombatanctwa, to było naprawdę działanie na skraju egzystencji. A potem wszystkich zwinęli, i do więzienia. Kelus tam był "żołnierzem" szesnastoletnim, nieświadomym, w śledztwie wszystko brał na siebie. On jakby był sportowcem, to tylko Formuła 1 albo skoki narciarskie. Do dziś jeździ ciężkim autem po zamarzniętych Śniardwach; bez adrenaliny nie potrafi wytrzymać.
On też śpiewał.
- Ba, pomijając Sentymentalną pannę S, dużo wcześniej miał już świetne teksty: Gdy do wojska szedł Jacek Staszelis, po studiach na rok, nie na front, nikt nie płakał nikt się nie weselił, ani ty, ani on. W czasach gdy linią gorącą nazywa się zwykły telefon, gdzie dzieci dostają na gwiazdkę pancerny transporter z rakietą. Rok trochę więcej niż trzysta numerów codziennych gazet, rok więcej niż jedna czterdziesta tego co jeszcze się zdarzy. Wymyślił głupiutką piosenkę, ot leżąc po ciemku na wznak, melodię skądś chyba pamiętał, coś jakby tak - Boże pozwól bym potrafił, gdy ojczyzna mnie zawoła, zamiast piersi wypiąć dupę, bo ta nafta nie jest moja... I to było przez niego stworzone w 69 roku. Od razu był to kryminał. On w ogóle nie chodził do cenzury. Myśmy, jako Salon, chodzili za STS-em robić cenzurę w konia. To znaczy, zgadzać się na to co oni poprawią, a potem śpiewać po swojemu.
Grać z nimi. - Taki przykład, mieliśmy z Michałem Tarkowskim paranoiczne piosenki jego wspaniałych kolegów z Międzylesia jak Balon, Kazachstan, a wśród nich Wojsko już idzie - kompletny dadaizm, posłuchaj: Wojsko już idzie miarowym krokiem, wojsko, tak, to zgraja jest. A my za wojskiem zwiewamy też, a my za wojskiem w trzy strony, hej! Na czele Ludwik ucieczki jest, on. On to prowadzi ucieczkę naszą, hej! I teraz niosę to do cenzury. I cenzor mi mówi - na wojsko nie możecie. Aż się zmartwił, bo był polonistą, miał wyrzuty sumienia, i mówi - a wie pan, panie Jacku, jakby to było na amerykańskie wojsko?
He, to jak z Piosenką amerykańskiego żołnierza Okudżawy.
- A ja mówię tak, to tytuł będzie Amerykanie w Wietnamie, może być? W Salonie Niezależnych nigdy nie zapowiadaliśmy tytułów, ale on będzie kryty, bo w papierach tytuł jest. On - no dobrze, ale jeszcze ten Ludwik. Może być Louis? - I mam pieczątkę przybitą. A śpiewaliśmy Ludwik, nie podając tytułu i tak. To jest modelowa rozmowa z cenzurą.
A, siedem sześć, i wtedy musieli też działania KOR-u tolerować.
- Salon w 76 już miał zaciągniętą pętlę. Nie wolno nam było występować, ale KOR już działał, już woziłem pieniądze pomocowe do Radomia. A jednocześnie, jak zaprosili mnie do Remontu, żebym coś zrobił na zamkniętej imprezie kabaretowego, to bez dodatków, po prostu 1:1 czytałem punkty Karty Praw Człowieka. I ludzie ze śmiechu zjadali berety. Nie musiałem wymyślać nic. I tak poznał mnie nieznany jeszcze szerzej Jacek Kaczmarski. System był na tyle szczerbaty, że nazywaliśmy to "slalom nieżelaznych" między zębami tygrysa, co jak nimi kłapnął, to czasem trafiało na Pyjasa, Przemyka, a w końcu też i na Popiełuszkę. Wiesz, za Stalina od razu już za same dowcipki byśmy trafili na Kołymę. Miałem szczęście, że wtedy byłem przedszkolakiem. Pamiętam za to, jak piątego marca 1953, w rocznicę ślubu moich rodziców, w dzień śmierci Stalina, przyprowadzony do domu ze starszaków w przedszkolu, wchodzę i co widzę: matka i ojciec z najbliższymi przyjaciółmi, co przyszli na jubel, już są radośnie napici, bo dodali gazu, jak się dowiedzieli, że Stalina nie ma. Tato z wypuszczoną nonajronową koszulą przewiązaną krawatem, opierając się o ścianę, wyrzuca w powietrze nogi, bo tylko taki kozak taneczny był w danym momencie w zasięgu jego możliwości, i śpiewa - a mury były grube i nieakustyczne - ech, Kalinka, Kalinka, Kalinka maja, a ja podchodzę zapłakany i mówię tatusiowi, że mi tatuś umarł. Oni na to, że tu jest twój tatuś, to ja, że ten co umarł był lepszy, to oni w śmiech. A wtedy ja zaciskam wargi - jak dziś pamiętam - i cedzę: jutro wszystko będzie u pani! [rżymy]. Rano mama wmawia mi chorobę, mówi, że mam czterdzieści stopni gorączki, do przedszkola nie puścili mnie przez trzy tygodnie, a potem jak już o Stalinie trochę zapomniałem, to przepisali mnie do przedszkola innego.
Ładna historia.
- Więc ja miałem to szczęście, że nie miałem wtedy dwudziestu lat, tylko sześć. Metaforycznie Stalin mówił: dwa i dwa jest sześć, Gomułka, że pięć, a jak go pytali o prawdę, to odpowiadał pytaniem: czy wy chcecie, żeby znowu dwa i dwa było sześć? Ale to był wybieg w tył.
No a 68, dochodziły do was echa kontrkulturowej zadymy z Zachodu?
- Wiesz, była przecież Aldona Jawłowska która napisała książkę o kontrkulturze, Drogi kontrkultury, o Polsce. Nie szło nie wiedzieć co tam się dzieje, ale tamten bunt we Francji w maju 68 był całkiem inny. Ogólnie mówiąc, karma zbiorowa Europy niosła ze sobą to, że młodzi wybuchają i tu, i tu. Tak samo jest teraz, z zupełnie innych powodów wkurzyli się młodzi w Tunezji i Egipcie, a z zupełnie innych w Londynie. Z kompletnie innych, ale jest karma zbiorowa, teraz afroeuropejska, że jest ogólne dosyćtego. Wtedy to było też dosyćtego, a my byliśmy dla Paryża jak plac Tarhir. Tam Sartre, lewackie tendencje, wcześniej lizanie dupy Stalinowi, maoiści. I słynna późniejsza opowieść Kelusa, jak już za Gierka przyjechało dwóch Niemców, zielonych, a zieloni byli finansowani przez Kremel, i u niego w domu zaczęli mówić, że ten Związek Radziecki to równo bogactwo dzieli, i że Breżniew jest dość fajny. Ten syndrom został nazwany "pożyteczni idioci". I on tym dwóm Niemcom, naiwnym entuzjastom, zielonym, nie wiedzącym, że są marionetkami opłacanymi przez Kremel, że ta wycieczka do Polski też jest fundowana przez Kremel, on im wyjął paczkę papierosów, biełomorkanałów, na niej jest taka mapka z trasą Kanału Białomorskiego, pokazał im ją i powiedział - widzicie?, ten kanał to był obóz koncentracyjny, tam pół miliona ludzi przy niewolniczej robocie stalinowce wykończyli. Jak ja teraz tym cię częstuję - mówi Kelus - drogi Hansie, to jest trochę tak, jakbym cię Hans poczęstował, masz zapal, Auschwitz z filtrem. Mężczyzna zzieleniał, wyjechał i wystąpił z zielonych. A Kelus o tym piosenkę napisał. Wiesz, kontrkultura, kontrkultura, u nas trzeba by temu swoistą nazwę nadać, ale Polska papugą narodów, to powtarzamy, kontrkultura, punk. Nie mamy swoich słów na wiele spraw. Powinniśmy mieć swoje nazwy na naszą inność. W przeciwnym wypadku będziemy cały czas lustereczkiem: "wiesz, bo ja traszowo grandżem jadę, z taką zajawką lekko groovie-speedową". Rozumiesz? Jak siedziałem pod tymi cymbałami zasłuchany, mając piętnaście lat, słyszałem to cudo, to - to chciałem z tego później z tego zrobić - z automatu nazywało się country- folkiem. No ale w związku z amerykańskim internetem przyjdzie nam chyba skapitulować przed tym językiem. Jednym słowem, pytanie brzmiało jak doszedłem do tego, że jestem poetą, no to wszystkie drożdże ci opisałem.
A Słomę poznałeś na wsi?
- Słomę poznałem na prywatce u Michała Tarkowskiego, w 78 roku. Z sąsiedniego pokoju usłyszałem piosenkę o pierwszym skrzypku wielkiej orkiestry PR i TV Janie Kaczorowskim, to jest moja piosenka satyryczna, na Famie w Świnoujściu ją śpiewałem, a Słoma był ze Szczecina. Siedział sobie w pokoju i śpiewał zasłyszaną z Famy moją piosenkę. Wszedłem, a on nie wiedział kto, bo chyba mojej fizjonomii nie znał, i tak się poznaliśmy. A Orkiestra Na Zdrowie (ONZ) powstała na przełomie 86 i 87 roku.
A do wiejskiego życia jak doszedłeś? - Wcześniej, jak przyszła ta pierwsza wolność 80-81, to już koncerty grałem sam, nie z Salonem Niezależnych, bo Michał poszedł w szkołę filmową, Janusz Weiss w video i inne różne rzeczy, a ja ze Słomą jeździłem na swoje recitale, gdzie śpiewałem coraz więcej piosenek nowych, przetykanych długimi bębniarstwami w duecie. Pięć tysięcy razy zaśpiewałem tę piosenkę Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili, już mi się jej zwyczajnie nie chciało śpiewać, nowe śpiewałem, List do Cohena, inne jeszcze świeże. I bardzo duże przejazdy muzyczne ze Słomą, gdzie też do bębna siadałem. W związku z tym stara publiczność powiedziała, że Kleyffowi odbiło. A ja już głową byłem gdzie indziej. To się nałożyło na naszą czternastą przeprowadzkę w czasie trzech lat, do jakiegoś kolejnego mieszkania. I wtedy odwiedził mnie brat Janusza - Leszek Weiss, a było to na samym początku stanu wojennego.
Leszek był już ziemianinem, na wsi.
- Oczywiście, i tak mi prowokacyjnie mówi - wy wszyscy tu w mieście mówicie, że na wsi chcecie mieszkać, tylko się boicie. A ja naprawdę chciałem, to mówię - jak będziesz coś wiedział, to daj znać. Bo on mi mówił, że to jest klin ziemi marnej, te kilkanaście wsi, na lubelskim żyznym czarnoziemiu. I że rolnicy tam pozwalniali chałupy, powyprowadzali się do bogatszej ziemi, przy asfalcie, do kobiet i dla lepszego życia. A chałupy stały puste. I naprzeciwko Leszka Weissa była fantastyczna, po wysokich ludziach, więc duża chałupa, do wynajęcia od pana Putka, gdzie teraz jest kawałek takiej dziwnej architektury pseudonowoczesnej.
Tak, to stało odłogiem wiele lat, to dziwadło.
- Tam mieszkają teraz jedni państwo, którzy mają kopalnię piachu. Wtedy była łąka, zapadająca się stodoła i cudowna chałupa. Po czternastu przeprowadzkach, przyjaciela maluchem 126p, z psem, z rowerami, taka góra na dachu, z dzieckiem w nosiłce, który to 126p nie miał hamulca, tylko ręczny, dududu przrz... zjechałem tam z Bożeną - drugą żoną - żeby odżyć. Jest stan wojenny już, ale się go nie odczuwa. Gwoździe w sklepie są, w czwartki drewno się wybiera, suszki z lasów, drzewa potąd. Mój synek ma niedługo iść do szkoły, gdzie będzie miał biologię w lesie, a WF na łące. Puszczamy latawce, jakieś zimorodki latają, maluję obrazy. No i zero alkoholu. Tam powstała nazwa Na Zdrowie, żeby odalkoholizować to zawołanie i związane z nim konotacje. Jak jakieś pyszne jedzonko zlegało na stole, to było - no to naa zdroowie! I jedliśmy. Było mnóstwo grania. Powstała wtedy taka formacja Razem.
No dobra, alko nie było ale był jakiś godziwy zamiennik?
- Czasami paliłem własnoróbkę, naszą żytnią razową, jak mawialiśmy. I granie, w największy mróz, bo była zima stulecia, zamurowało nas, samochody nie jeździły, nic. Przy kozie w walonkach, kufajach, w szopce u Słomy, w Wólce Krasienińskiej, naprzeciw sklepu. Jest 42 stopnie mrozu, w kozie buzuje, a my nawalamy w bębny. I takie są z tego nagrania, że jak je puszczaliśmy potem, w radiu "Kolor" chyba, to mówili - ty, to jakieś gorące, tropikalne nagrania. Potem jak się Słoma przeniósł obok na Dąbrówkę, to sklepowa z Wólki narzekała: kto mi teraz będzie bębnował do sklepowania. Nie było tam żadnej komuny, każdy żył w swoim domku, i w pełnej symbiozie z sąsiadami. Tak jak Leszek z Pryszczem, tak jak Słoma do dziś z tym gajowym naprzeciwko, tak ja byłem zaprzyjaźniony z Kaziem Marciniakiem, mam jego zdjęcie do dziś. Zmarł na zawał jak miał 53 lata. Był to człowiek jak najbardziej miejscowy, wrośnięty, pięć hektarów, traktor, córka w krawieckim, syn w samochodówce, ostra robota, ostry zawodnik. Jest zima, on nie ma co robić, i przychodzi robić bębny. Metale przy bębnie puncyną w różyczkę, trzask, zaznaczał, i wiadomo było, że w sklepie muzycznym w Warszawie na MDM- ie ten bęben jest spod rąk Kazia Marciniaka. Przychodził zauroczony oglądać to, co repusuje w srebrze Leszek albo Kuba Radomski, jak Słoma gra na bębnach, jak ja maluję obrazy. Gwarzył po miejscowemu, przychodzę do niego a on - zmęczony jestem, noc cało prawie robiłem, ale zładowałem te lodówke w końcu. Patrzę gdzie ta rampa, ciężarówka, z czego on ją zładował. A to Łado, ład, Kazio ją naprawił. Bateria do latarki to sierodek do bateryjki. Malorancja, jerystracja, kwit na ągiel. Żywy prastary język współczesny.
To zastanawiające jak płynnie osadnicy, miastowi luzacy, weszli między tutejszych.
- Młodzi byli, wielu nastolatków. Przecież Jacek i Bronka Warszawowie, Andrzej Mazurek z Agatą, Hary z Balbiną.
Zula mi kiedyś opowiadała jak to u zarania było, ile było wspólnotowego. Aż dzieci u osadników zaczęły na świat przychodzić, wtedy rodziny się wyodrębniły.
- Słuchaj, komuna jest piękną ideą, dopóki nasz ziomal Dzierżyński pistoletu do niej nie przyłoży. Jeżeli ktoś chce, pięknie, to jak w kibucach. Ale z kibuców, z tego ich dobrowolnego komunizmu - wypuszczają, jak komu się nie podoba, może wyjechać, bo paszport ma na stałe w szufladzie.
Tomek Pawłowicz wysnuł koncepcję, że wtopienie się miejskich frików w tutejszych tak gładko poszło, bo w pobliżu kościoła żadnego nie było, ambony z której by padły słowa, że z tymi dziwakami kolegować się nie zalecamy. Jak to widzisz?
- Coś w tym może i jest. Tam na początku to było z ambony mówione, że akomany, Żydy, bo raczej z naszej strony chodzenia do kościoła nie było. Ale mój syn jednak zapragnął pójść do komunii, bo się poczuł wyautowany.
Moi synowie nie chodzili na religię, nie mieli z tego powodu pod górkę.
- Może już koledzy inni są.
Powiedz, jak zmiana trybu życia na wiejski ci zrobiła?
- Nagle jest dom za jedną szóstą czynszu warszawskiego, cztery izby dookoła fantastycznego pieca, mam drewno, słomę żeby ogacić ściany, jestem w pełni sił. Tylko najgorsze było to, że na tej wsi nie ma wieżowców, a ja głównie zarabiałem myjąc wieżowce, robiąc prace wysokościowe. Był stan wojenny, a ja miałem pełny zakaz występów na scenie już dawno. W związku z tym ciągle wyjeżdżałem na te prace i Bożena, moja poprzednia żona, połowę czasu była sama. Tak też czasem zaczynają kruszyć się międzyludzkie związki.
Na tych robotach wysokościowych wtedy można było nieźle zarobić.
- Wtedy można było zarobić na cały rok w trzy miesiące. Bo w gażę myjących wliczano koszt budowy i przenoszenia rusztowań, a jak to robiłeś z liny to było eldorado, kasa była niemiłosierna. Dniówkę miałem jak miesięczniówka mistrza murarskiego. Z czasem przejęli te prace właściciele firm alpinistycznych zatrudniający pracowników za dobre, ale robotnicze dniówki. Teraz bym się na to nie zapisał. A wtedy każdy był sobie sterem i okrętem. Komuna nie puszczała prywaciarzy, wolno było to robić przez Klub Wysokogórski PTTK. Połowę zabierał na tak zwane konto wyprawowe. Ale wracając do wsi, kiedy tu wylądowałem w 1982, nagle jakieś czary, stan wojenny jakby znikł, ale w serce kłuł nadal.
A przyjaźnie w mieście?
- One są lub ich nie ma, jeśli są, to urażam niechcący; niektórzy ode mnie odpadli, zarzucając ucieczkę, mimo jednoczesnego wydania w głębokim podziemiu (oficyna CDN) kasety z najostrzejszymi do dziś moimi piosenkami.
Tam patrole w mundurach polowych z kałachami.
- A tu ja czuję, że wszystkie opozycyjne obowiązki, na jakich się znam póki co mam wypełnione, i oto dociera do mnie, że jestem zwykłym miastowym cherlakiem i właśnie kompletnie znudziła mi się miastowa wódka, obchodzę już szósty rok ścisłej wegeterki i właśnie rozpoczyna się najfantastyczniejsza, najważniejsza w moim życiu wycieczka, na której ja się pozbieram, i dzięki temu może jeszcze kiedyś pośpiewam te stare piosenki osobiście i zrobię nowe, ale teraz muszę przejść przez samokształcenie muzyczne, pracuję fizycznie, kompletnie rzucam alkohol, piętnaście lat nie pachniałem piwem, nie to, że jedno zawsze można, po prostu nic!! Rozumiesz? Udowodniłem to sobie, że można, że nie ciągnie. Po czym wróciłem do Warszawy. Na wsi mieszkałem prawie pięć lat, aż w końcu te prace wysokościowe nas ściągnęły z powrotem do miasta. Ale potrzeba grania i związki ze wsią były olbrzymie. A był to już 86-87 rok. W związku z tym w domu kultury na Goldoniego, tu na Żoliborzu, powstała Orkiestra Na Zdrowie. Nazwę przegłosowali ci wszyscy co razem graliśmy na wsi. Przyjechali i w kulturalnym domu kultury każdy miał prawo zwalić się ma karimacie, kasza na liściu kapusty. Na tablicy spisaliśmy propozycje nazw, a potem papierki, kapelusz i głosowanie. Udział w nim wzięło chyba z 50 osób. I granie. Perkusja, bas, piece wystawione. Momadou Diouf, Senegalczyk, lecz już Polak, dr nauk weterynaryjnych, genialny śpiewak, przychodzi i razem gramy pierwsze czarno- białe utwory. Jeszcze nawet zacier się nie kisił na połączenie górali z reggae, a myśmy ostre folkowe klimaty jechali i do nich Momadou śpiewał swoje senegalskie pieśni. I stanęła sprawa nazwy. Na tablicy były propozycje: Poczta Starościn, Rowersi, bo pół godziny rowerem miał na wsi każdy do każdego, Razem, ale Razem to była formacja bardziej związana z Kubą Radomskim i Słomą, czasem z nimi grałem na bębnie i moje teksty tam Słoma śpiewał, Daj daj daj albo Nauczycielko. Razem było korzeniem z którego potem wyrosły Słoma i Bębnoluby, a teraz Przedwietrze. Wśród tych nazw była i Orkiestra Na Zdrowie. I ponad 60 procent głosów na nią poszło. Na Zdrowie w tej chwili jest w dość głębokiej niszy, bo wszedł VAT na domy kultury, a my z ceny nie zejdziemy, bo jesteśmy już duzi, mamy dzieci i wnuki, musi być na opał i masło, albo lepiej robić co innego. Ale muzyka jest zrobiona, gotowa, tylko odmoczyć, przysuszyło się tylko. Teraz jesteśmy w osiem osób, z genialnym dźwiękowcem, mamy samochód Daniela i w każdej chwili możemy dojechać i zagrać, robiąc próbę cztery godziny wcześniej. Na Zdrowie - póki zdrowie - póty będzie istniało, bo zawsze wszyscy chcemy grać. Dziś moim zespołem akompaniującym, dwa razy mniejszym, jest Miąższ z Lublina. Nie używając swojej nazwy, jest moim zespołem akompaniującym do tych samych piosenek co śpiewałem z Na Zdrowiem i wszystkich nowych. Grając ze mną nazywają się Mąż Z Dzierżążni. Występuje Jacek Kleyff z Mężem hehe, a ten Mąż to Joanna Zawłocka, fantastyczna śpiewaczka, Karol Gadzało, kontrabas, piła, oświecone zdania, i Sebastian Pikula, akordeon, gitary oraz pokazy turbanów, a ja na gitarce i jest czteroosobowy skład akustyczny. Ale pytasz skąd ta wieś, korzeniem tego mojego nowego grania były te lata, co na wsi spędziłem. Potem nagle po latach pobytu na tej wsi dostaliśmy w Warszawie małe mieszkanie, tak zwane rotacyjne, 26 metrów kwadratowych dla trzech osób.
Czyli jakby nie to mieszkanie, to dalej byłbyś obywatelem ziemskim wiejskim?
- Chciałem wykupić dom pana Putka, zameldować się w tym warszawskim mieszkaniu, odnająć je komuś i dalej mimo wszystko żyć na wsi. Dałem nawet zaliczkę panu Putkowi. Ale przyszedł ktoś, kto zobaczył tę starą chałupę i pomyślał, że z ubezpieczenia może mieć dużo więcej. Ona spłonęła rok po naszym wyprowadzeniu. Odebrałem to jako znak losu - ma nie być. Mam być w mieście. Może mam być ambasadorem Dąbrówki w Warszawie? Właściwie tak się czuję do dziś. Teraz wyniosłem się do Mrozów, bliżej Dąbrówki. Tam właśnie teraz jedziemy, i będziemy nie 180, tylko 120 kilometrów od twojego, Kaziu, domu.
Bo czuję, że ty jesteś duchem ze wsi.
- Jestem ambasadorem, z częstymi przyjazdami po listy uwierzytelniające, żeby zaśpiewać z wami. A wracając do sprawy poezji, nie lubię mówić o sobie poeta, wolę: ten, co wszczepia, odkryłem w sobie, że wszczepiam. Nawet taką audycję miałem przez dwa lata w Trójce, "Wszczepienia ochronne". Uważam, że jeżeli jest POEZJA i do niej ktoś bez związku emocjonalnego plimpla jakieś dźwięki, to tylko przeszkadza. I odwrotnie, jeżeli jest MUZYKA i z pogardą dla tekstu ktoś wokalizuje jakieś nadęte i pseudo- ambitne nawet czasem słowa, to w sumie słyszymy hałas. Natomiast najważniejszym procesem w stworzeniu piosenki jest wszczepienie tekstu w muzykę, na przykład, posłuchaj: tyle było dni do utraty tchu. Ma być TAK i wiesz, że to jest TAK. To się dzieje wtedy kiedy tekst i muzyka się nawzajem podkręcają, i jedno bez drugiego jest niekompletne.
A kiedy przyjdzie po mnie wreszcie zegar- mistrz świata purpurowy...
- Dzisiaj takie są też rzeczy Nosowskiej, mistrzowsko wszczepione. Kazik wszczepia fantastycznie, Moja ulica murem podzielona, wiesz dobrze, że to się buja. Ja nie mam jakiegoś antymejnstrimowego zajoba. Nosowska, Kazik, Grabaż, to są mistrzowie. Bo potrafią to ogarnąć. Wojtek Bellon wszczepia, Okudżawa wszczepia, Brassens, Dylan. Wydaje mi się, że parę rzeczy też mam wszczepionych. Jak śpiewam o Schulzu No i już, no i już, jak w balecie najlepszym na świecie tańczy Schulz, to w refrenie piosenki o zastrzelonym Brunonie Schulzu. Kofta wszczepiał, Osiecka też potrafiła świetnie się dogadać z muzykami. Dużo jest też takiego fankorytmizowania, często pustego, choć Ewę Bem bardzo lubię. W rapie kocham Kaliber 44. Ze względów rodzinnych tym bardziej, bo mój syn Tomek był w chórku z pseudonimem CNE. Młodzi się budzą, szukają swojego głosu. Dla ciebie doświadczeniem pokoleniowym był marzec i Solidarność. Dla mnie Solidarność i Międzymiastówka Anarchistyczna. To pokolenie co teraz jest na dojrzewaniu już przebiera nóżkami, chcą swojego. Dokąd oni pójdą?
- W ‘68 my sprzeciwiliśmy się komunie. Na Zachodzie młodzież komunizowała. Ale wspólny był wątek protestu wobec tu i tam zastanego skostniałego systemu. Ważne rzeczy działy się też jakby obok. Na przykład w Gwatemali szwadrony śmierci odrobiły w parę miesięcy cały zbrodniczy urobek krajów demokracji ludowej z lat 50., 60. i 70. A to wszystko z inspiracji CIA. Myślałem odruchem samoobronnym, że to jest komunistyczna propaganda, że Ameryka to mój przyjaciel.
Chile, Salwador, Nikaragua.
- No, i tak dalej. Te informacje docierały do mnie opracowywane przez gości o pokroju dzisiejszego amerykanisty Pastusiaka, profesora, Longina i innych podobnych aktywistów PZPR, którzy z premedytacją Kuronia z komandosami opisywali jako agentów CIA. Dlatego nie docierało do mnie wtedy jasno, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny też jest tyle piekła; byłem nieprzemakalny na wszelkie ich słowa, nawet te prawdziwe, o dalekim świecie, bo kłamali o tym, co się dzieje w ich najbliższym kraju, własnym. A kraj ten piętnaście lat nie dawał mi paszportu, czyli uniemożliwiał osobiste sprawdzenie ich słów.
Czy ta przemiana Pastusiaka nie jest modelem pseudomorfozy systemu po okrągłym stole?
- Ja uważam, że komuna została obalona, ale osmotycznie do nowej Polski przepłynęły niektóre struktury i niektóre obyczaje, żadna rewolucja nie miała inaczej. Ta miała inaczej o tyle, że wielka krew się nie polała, wojny domowej nie było. Natomiast, generalnie, jako się rzekło, gdyby teraz w wyborach startował Gomułka przeciw Kaczyńskiemu, tobym za Kaczyńskim teczkę nosił. Ale mam wolny wybór. Jak chcę mogę sobie kupić, w razie czego, "Gazetę Polską", puścić telewizję Trwam albo Radio Maryja. Te media są paranoiczne, ale SĄ i zaświadczają o wolności nawet psychopatycznego słowa. Ono jest kompletnie od czapy, ale jest. Więc jeżeli ktoś mówi, że "Wyborcza" zmo- nopolizowała opinię, to jedynie przyznaje, że jest najlepsza. Jest "Rzeczypospolita", jest "Uważam Rze", gdzie jest Ziemkiewicz ze swoją obsesją, że jeśli w każdej niemal publikacji nie użyje kilkakrotnie słów "Michnik" albo "Gazeta Wyborcza", to chyba moczu nie może oddać.
Nawiasem mówiąc autor świetnych powieści SF, teraz pisze inną prozę, ale według mnie też mu nieźle idzie. - Może tak, życzę żeby jak najwięcej pisał SF, a nie political fiction, w której wszystkim jego porażkom winien jest Michnik. Bo tylko dzięki takim ludziom jak Kuroń, Bujak, Wałęsa, Frasyniuk i właśnie Michnik - może pisać te swoje zakompleksione paszkwile na nich.
Dzięki Gwieździe też...
- Też, ale i Niesiołowskiemu, który zrzucał w przepaść leninowską tablicę ze szczytu Rysów w Tatrach już w sześćdziesiątych latach.
Braci Kowalczyków też byś dołączył do tego spisu?
- Też, bo dbali bardzo o to, żeby nikogo nie zabić, a żeby wysadzając tę aulę, zrobić głośną sprawę. Jeżeli terrorysta dba żeby nikogo nie zabić i mu się to udaje, to nie jest terrorystą.
Baader-Meinhof też dbali na początku, żeby nikogo nie zabić, ale była eskalacja.
- Jeśli się zakłada możliwość zboczenia na zbrodniczą eskalację, to cała działalność od samego początku jest do spodu przeżarta przez nią. A ja w nich tę możliwość wyczuwałem.
Jesteś wegetarianinem, pacyfistą...
- Czy ja jestem pacyfistą? Ja jestem uczniem Edelmana, Marka Edelmana.
On nie był pacyfistą.
- Był. Jechał do Serbii krzyczeć w obronie Bośniaków.
W getcie pacyfistą nie był.
- W getcie miał parę kulek i myślał: jeżeli mam zginąć, czemu mają się zmarnować?
A jak Kuronia wspominasz?
- Najbliższy mi człowiek na świecie, choć jestem jednym z tysięcy tych którzy tak uważają. Kochał moje piosenki. Na ostatnie swoje urodziny, tak mu się zdawało, mówił - to są moje ostatnie urodziny. A żył jeszcze pięć lat, zaprosił na te urodziny zespół Czeremszyna którego był honorowym członkiem. Słyszałeś Czeremszynę? W siedmiu osobach jest chyba z piętnaście krwi. Litewska, ukraińska, białoruska, polska, żydowska, rzeszowsko- łemkowska, rozumiesz? Mówią ze sobą taką wspólną wypadkową tych języków. Zamiast kontrabasu na przykład mają wielką, trójkątną, trzystrunową bałałaję zwaną domra, i grają cudowną muzykę. Zaprosił Czeremszynę i nas, żebym mu Huśtawki zaśpiewał. Trochę nie rozumiał mojej jazdy na wieś, był jednym z tych, co uważali, że to ucieczka, i musiałem mu tłumaczyć, że wycieczka bez której bym zdechł, bo miałem rozsypane życie rodzinne, i alkohol i w ogóle. No i się udało; w wieku 40 lat byłem najsilniejszy w życiu. Jakby 20-letni Kleyff podszedł do 40- letniego i zafikał, to by po prostu nie miał szans. A w międzyczasie jest 1984 rok, zabili Popiełuszkę, a Jaruzelski widzi, że traci wsparcie, bo po kolei wymierają galarety typu Breżniew, Czernienko, potem Andropow, i ni z tego, ni z owego nagle chce zacząć wszystko konsultować ze swym ukochanym narodem, i mu siłą rzeczy trochę popuścić. Ja od piętnastu lat niemal rok w rok składałem wniosek o paszport, i dostawałem odpowiedź, że z tzw. "innych ważnych względów natury państwowej" mowy nie ma, i nagle zaczynamy czuć, że chyba tym razem mowa musi być, i że coś może się udać. Moi przyjaciele himalaiści, co mnie wciągnęli w te roboty na wysokości informują, że mam już dość pieniędzy, bo pracując z nimi na linach, odprowadzałeś połowę na tzw. konto wyprawowe Klubu Wysokogórskiego PTTK. Nie miałem na bułkę i spodnie inne niż obdrapane sztruksy, a miałem na dwa bilety Aerofłotem do Dehli. Ojciec mi i Bożenie kupił po dwa aparaty typu Zenith, nakupiłem za resztę kasy mnóstwo metalowych przedmiotów jak obcinacze do paznokci czy tanie NRD- owskie zegarki Ruhla. Z przeznaczeniem na handel torujący wyprawę. Koledzy zapisali mnie z Bożeną na oficjalny trekking, w 1984 dostaję wreszcie paszport, nie na Zachód, ale do Indii. Ale Indie są też poza obozem komunistycznym, i w sumie jest to ten kierunek, co mnie interesuje. Zachód mnie nie interesuje.

[pełny tekst w papierowym wydaniu "Lampy"]



Rowdy -- Monday, November 21 2011, 02:27 pm

Thanks guys, I just about lost it lokonig for this.


qhxcrbzc -- Tuesday, November 22 2011, 10:12 am

KyOIWi bqormoivkljp


xkamynh -- Tuesday, November 22 2011, 03:18 pm

5ebys9 , [url=http://cfegbhrrbcqy.com/]cfegbhrrbcqy[/url], [link=http://pqeeutgehhuu.com/]pqeeutgehhuu[/link], http://jdpbeoamdaat.com/


afljhvh -- Wednesday, November 30 2011, 11:13 am

7QxQqa bbpxrnskuvtz


ajqdkqs -- Saturday, December 3 2011, 08:38 pm

AH2SWT , [url=http://cxqtdpehpocc.com/]cxqtdpehpocc[/url], [link=http://iipmfttskowl.com/]iipmfttskowl[/link], http://qqvclfkeryio.com/


Michnik -- Thursday, January 12 2012, 10:34 pm

Jacek, Takie ladne piosenki piszesz a taki jestes \"bez sensu\"...przestaje ich sluchac


Pseudonim:

Komentarz: