Dotykanie cudzych dzieci

Juliusz Strachota

Nie to, żeby mnie korciło, ale wracałem z siłowni i spotkałem swoją byłą dziewczynę z liceum, która miała wózek, w którym miała dziecko. Mówię jej, że nic się nie zmieniła, a ona na to: ta, akurat.

Rozmawiamy sobie, ja w sumie zdziwiony nieco tym, że czas jednak mija, że świat się zmienia, że ludzie nie stoją w miejscu, poznają się, rozmnażają, zostają sami z efektem tych poczynań i w sumie nawet przestraszny, staram się w ogóle nawet wzrokiem omijać wózek, a temat dziecka to już w ogóle.

Nie pytam, w jakim dokładnie jest wieku. Nie pytam, jak ma na imię. Nie pytam, jakiej jest płci. Staram się nawet nie wiedzieć, czy na bank jest białe, bo z tą dziwką mogło być różnie, a one wszystkie miały taki moment w żuciu, że dymały się z czarnuchami ze stadionu.

Ona jednak mówi do mnie, że nienawidzi, że mogłaby zabić normalnie ludzi, którzy usiłują dotknąć jej dziecka. Ja się pytam: czy dużo takich osób jest? Ona mówi, że kurwa, wszyscy, a ją szlag trafia, każdy znajomy, nieznajomy musi wyciągnąć łapę i dotknąć dziecka, które jest, kurwa, jej.

Ja mówię, że nie każdy, bo ja nie i tak się rozstaliśmy mniej więcej podobnie do naszego rozstania w trzeciej klasie, z tym, że jeszcze wtedy musiałem przez kolejny rok oglądać, jak różni goście, znajomi, nieznajomi dotykają jej na stołówce.