Karol Bosek

Guma za dziesięć groszy

Był chłopcem, gdy któregoś lata zobaczył, że w sklepie na ladzie są gumy za dziesięć groszy. Obmyślił, że za oszczędzoną złotówkę co dzień przez dziesięć dni będzie miał gumę.

Przychodził co dzień do sklepu i wyciągając oszczędzone pieniądze, mówił: Poproszę gumę za dziesięć groszy – licząc, który to dzień, ile zostało gum i bojąc się, czy dobrze się to ułoży.

Z ostatnią gumą za dziesięć groszy, jaką wówczas dostał, ukrył się w szopce na narzędzia.

Siedział w tej szopce od przedpołudnia do zachodu słońca, dopóki nie zląkł się kocura, który też ukrył się przed czymś w szopce. Przyjęto go wówczas – jak człowieka, który wyjechał za niedostępną granicę (do jeszcze bardziej niedostępnych krajów, choć sama granica była niedostępna), by wrócić w rodzinne strony – z nieodgadnionym uczuciem wybaczającym wszystkie błędy, w szczęściu pojednania, z nadzieją na poprawę i oczekiwaniem na mnóstwo wieści.

Tego dnia każdy miał poczucie, że widział go wędrującego w jakichś dziwnych rejonach miasteczka, wszczęto więc akcję poszukiwawczą, pod wieczór bliską włączenia śmigłowca.

Kiedy był nieco starszy, zauważył, że pod oknem jego pokoju jest daszek, na który łatwo zeskoczyć, choć trudniej potem z niego zejść, a że daszek jest poniżej okien, nikt go nie zauważy, jeśli się tam schowa. Pewnego deszczowego popołudnia daszek tak go przyciągał, że otworzył okno i zeskoczył. I nie mógł potem zejść. Matka dostrzegła jednak uchylone okno w jego pokoju, zauważyła go na daszku i dozorca przyniósł z piwnicy drabinę, po której przy asekuracji zszedł z daszku.

Kiedy był jeszcze starszy, wiele rzeczy w codziennym życiu zaczął postrzegać jako zmienne. Pchnęły go do tego oceny w szkole, które wpływały tylko na to, ile w domu było stresu. Dobra nota ograniczała stres, zła nota nie była w stanie stresu zablokować. Jako że oceny miały konsekwencje w życiu, zaczął postrzegać świat jako zbiór zmiennych – środków wiodących do lepszych lub gorszych konsekwencji emocjonalnych, od których uzależniało się życie, co wprawdzie było złudne, ale on traktował to jako wymóg, który lekceważąc, uległby zniszczeniu.

Zaczął się zastanawiać nad liczbami – lepsze czy gorsze sytuacje i warunki życiowe dostrzegał mimowolnie w towarzystwie liczb, od których, tak mu się wydawało, uzależniona jest ludzka egzystencja.

Świat, który od dzieciństwa do adolescencji był dlań jakimś dalekim fantazmatem, zaczął mu się teraz jawić jako konsekwencja kilku zmiennych, którym podlegał ze względu na ludzi i swoje życie, żył jednak mimo owych konsekwencji, obserwując tylko, jak się wypełniają. W momencie, kiedy lekceważył sytuacje życiowe, przejawiało się to w najbardziej dobitny

sposób.

Konsekwencje te były najmocniejsze, kiedy lekceważył emocje – zdarzało się, że choć nie zamienił z nikim słowa, dostrzegał w swoim otoczeniu stres: nagle wszystkie psy zaczynały ujadać jak wściekłe, psuły się komputery, wyłączał się prąd, a telefony komórkowe traciły zasięg.

Kiedy mimo niekorzystnych warunków życiowych żył beztrosko, czuł zawsze nacisk, który mógł być tylko przejawem jego intuicji, a jednak w ostatecznym momencie, kiedy wszystko układało się źle, a on po prostu jadł naleśniki, podszedł do niego człowiek w szarym garniturze, wyjął z teczki torebkę z dużym, ciemnym ludzkim sercem i spytał go, czy to

rozumie.

Kiedy ignorował seks, zaczepiła go przypadkowa kobieta na ulicy (stwierdzeniem, będącym wyrazem lekkiej rozpaczy, czy może choć on ją przeleci), a w knajpie podeszła do niego jakaś dziewczyna i wyznała, że jest uzależniona od seksu i chodzi na terapię, a chciałaby się z nim lizać.

Ilekroć lekceważył takie sygnały lub ogarniały go wątpliwości, czy to nie psychotyczne, sygnały te nasilały się, jakby przynosząc ostateczne potwierdzenie, że są to rzeczywiste konsekwencje jego czynów (a raczej życiowych postaw). Żył więc niejako w swojej psychice, a wszystkie codzienne zdarzenia zaczął widzieć jako symboliczne i poddane umysłowi.